Praca u podstaw

Dodano 18 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez Wędrowiec

Zauważyłem ciekawą rzecz. Każda osoba mówiąca o „pracy upodstaw” ma na myśli coś zupełnie innego, niż reszta. W polskiej tradycji wykształciły się bowiem trzy zupełnie różne ujęcia tego tematu: poznańskie, krakowskiei warszawskie. Każde nie tylko rozwijało się w innych warunkach, ale wręcz czerpało inspirację z zupełnie różnych wzorców i w konsekwencji doprowadziło dozupełnie różnych decyzji, ale za każdym razem skutkiem była jakaś forma nawrotu do romantyzmu.

 

Uwaga!

Powyższy tekst jest luźną obserwacją, zapiskiem uczynionympo drodze. Nie przemyślanym i nie będącym w żadnym wypadku gotowym materiałempublicystycznym. Potraktowanie go w taki sposób zostanie uznane za przejaw złejwoli i ukarane odpowiednią opinią autora.

Otagowane:  

Najważniejsza książka mojego dzieciństwa

Dodano 31 stycznia 2009, w Bez kategorii, przez Wędrowiec


Pewnego wieczoru moja mama powiedziała, że ma dla mnie
niespodziankę, ale przed dziewiętnastą muszę być umyty w łóżku. Dziewięcioletni
Maciuś zmobilizowany w ten sposób szybko umył „rynek i okolice”, przebrał się w
piżamę i zakopał w pościeli łóżko-półki z epoki wczesnego Gierka. Mama
przystawiła do łóżka krzesło, usiadła, rozłożyła na kolanach opasłe tomiszcze z
pożółkłymi kartkami i zaczęła czytać:

Rok 1647 był to dziwny
rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i
nadzwyczajne zdarzenia.

Współcześni kronikarze
wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła sie z Dzikich
Pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednia napadów tatarskich.
Latem zdarzyło sie wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła
sie na niebie. W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w
obłokach; odprawiano wiec posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili,
ze zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki…


Tak zaczęła się moja Wielka Przygoda. Otworzył się przede
mną świat sienkiewiczowskiej „Trylogii”. Znałem go co prawda z serialu
„Przygody pana Michała”, ale była to znajomość jak zza szyby turystycznego
autokaru. Widziałem, ale nie wiedziałem co widzę. Tekst książki pozwalał
zagłębić się w cuchnące łojowymi świecami dworzyszcza kresowej szlachty
stojącej na największym w jej dziejach rozdrożu. Zagłębić się i zrozumieć
tragedię, która legła u podstaw upadku Rzeczypospolitej.

 Mama przeczytała mi
tylko kilka pierwszych rozdziałów. Do pojmania pana Skrzetuskiego przez
Tatarów. Po kilku dniach, kiedy zobaczyła, że książka mnie wciągnęła, przestała
czytać wymawiając się obowiązkami. Zasugerowała, żebym czytał sam, a jeśli
będzie mi trudno, to ona pomoże.


Otworzyłem pachnącą antykwariatem książkę, której szczególny
urok polegał na tym, że było to wydanie z lat trzydziestych XX wieku. Była
stara i mówiła o dawnych czasach. Żółte, popękane kartki kryły wiele tajemnic,
jak choćby brunatne plamy i słodkawy zapach krwi na stronie opisującej śmierć starego
Barabasza…


Nad książką spędzałem całe wieczory, a za dnia (była to
zima) ubrany w ciężką zimową kurtkę, białe kalosze i futrzaną czapkę rozbijałem
kijem lodowe bryły krzycząc „Jarema! Jarema!”.


Pierwszy opis śmierci, pierwsze łzy nad poległym bohaterem –
panem Longinusem Podbipiętą. Pierwsza radość i pierwsze wzory osobowe.
Wołodyjowski, Skrzetuski, Rzędzian, Zagłoba. Pewnie dzięki nim wiele lat
później sam znalazłem się wśród Tatarów na Kresach III Rzeczypospolitej wzorem
Pana Michała obserwując, czy nikt nie przekracza granicy. Od nich zaczęło się
moje pożeranie książek. Najróżniejszych. Pierwszą jednak poważną, nie dziecinną
było „Ogniem i mieczem”.

Otagowane:  

  • RSS