Kryzys kontrolowany – kontekst

Dodano 26 listopada 2014, w Bez kategorii, polityka, Polska, służby specjalne, przez Wędrowiec

Pora na krótki komentarz umiejscawiający całą awanturę w konkretnym kontekście geopolitycznym.

Zacznijmy od konstatacji, że w polskiej polityce ścierają się trzy główne opcje: atlantycka (USA, UK), Europejska (Niemcy, Francja) i rosyjska. I nie, nie mam tu na myśli agentur, zdrajców i pieczeniarzy, choć bynajmniej istnienie i działanie agentury nie jest tu wykluczone, ale to, z którym z głównych graczy międzynarodowych najbardziej „po drodze” jest poszczególnym obozom politycznym w Polsce. Jak napisałem, nie jest wykluczone ani to, że część z tych polityków jest z zewnątrz lepiej lub gorzej opłacana, ani to, że wpływ na nich mają agentury głównych graczy.

Opcję atlantycką reprezentuje przede wszystkim PiS i Jarosław Kaczyński, ale też część SLD (np. Leszek Miller), zaś w PO jej eksponentem do jakiegoś momentu był np. Radosław Sikorski.

Opcja europejska to cała praktycznie dawna Unia Wolności (Mumia Wolności), choć Janusz Onyszkiewicz i jego Klub Atlantycki raczej szedł w stronę atlantycką, a przede wszystkim dawny Kongres Liberalno-Demokratyczny, powstały za pieniądze CDU - czyli zasadniczo trzon polityczny partii rządzącej. Wystarczy zobaczyć, kto dostaje wysokie nagrody od niemieckich fundacji, żeby zorientować się, kto „gra na Niemcy”.

Opcja rosyjska z kolei eksponowana jest przede wszystkim przez „ośrodek prezydencki”, większość SLD, dawne WSI oraz PSL (kwestia ultraszkodliwych dla Polski i korzystnych dla Gazpromu umów gazowych). Ostatnio do tej opcji zapisał się także Janusz Korwin-Mikke, a tradycyjnie naiwny stosunek do Rosji wykazuje część Ruchu Narodowego i różnych nie kanap nawet, tylko kanapek typu Klub Zachowawczo-Monarchistyczny.

I od razu zastrzegę, że istnienie takich opcji jest w polityce normalne i występuje w każdym kraju, także w Niemczech, gdzie ścierają się podobne opcje (atlantycka, europejska i rosyjska). Co więcej, każdy normalny kraj buduje w innych państwach swoją „agenturę” wpływu pozwalającą mu uzyskiwać korzystne dla siebie rozstrzygnięcia w tamtejszych kręgach politycznych. III RP też takie coś miała, zanim postanowiła prowadzić politykę ciężkich frajerów, dzięki tym „ośrodkom wpływu” zostaliśmy m.in. przyjęci do NATO, czy też wzięliśmy udział w konferencji na temat zjednoczenia Niemiec (tak, lemingi, Polska kiedyś liczyła się na tyle, że została zaproszona do udziału w konferencji mocarstw).

Jak sytuacja międzynarodowa odbija się na naszych rozgrywkach wewnętrznych?

Od 2007 roku, od ogłoszenia przez Obamę „resetu” w relacjach z Rosją wszystkie trzy opcje miały w Polsce wspólne interesy. Każda z nich zainteresowana była niezadrażnianiem relacji polsko-europejskich i polsko-rosyjskich. Stąd np. ewakuowanie Radka Sikorskiego z PiS do bardziej wygodnego w tym momencie PO.
Jeśli uwzględnić, że za rządów Gerharda Schroedera – ewidentnego agenta wpływu Rosji – Niemcy szczególnie mocno powiązali się gospodarczo z Rosją na tyle, że w 2008 przełknęli gładko zabójstwo niemieckich turystów przez Rosjan podczas wojny w Gruzji. Im zatem też zaognianie relacji polsko-rosyjskich nie było na rękę.
Relacje polsko-rosyjskie jak zwykle (i długo tak będzie) wyznaczało rosyjskie przekonanie, że Polska, to tymczasowo uznana za niepodległą zbuntowana prowincja.

Taki stan rzeczy trwał, pomimo różnych zachwiań, perturbacji i niejawnych konfliktów dość długo, choć ostatnio w Syrii okazało się, że jednak Europa walczy z Rosją, ale za pomocą sił specjalnych i wywiadów.
Wszystko zmieniło się wraz z „kryzysem ukraińskim”, którego początkiem była próba wyrwania Putinowi kontroli nad Ukrainą, jako z jednej strony zemsta za porażkę Zachodu w Syrii, a z drugiej jako forma szantażu, żeby był grzeczny i nie dogadywał się z Chinami, to może pozwolą mu zachować jakąś formę wpływów w Kijowie. Zachód przelicytował, nie biorąc pod uwagę, że utrata „ruskich ziem” stawia Putina „pod ścianą” i że nie może on na taką zniewagę zareagować inaczej, niż twardą obroną „integralnej części Rusi”. Wola samych Ukraińców nie ma tu większego znaczenia.

Uwzględniwszy, że Obama jest pod presją nadchodzących wyborów prezydenckich (on nie może startować, ale Demokraci chcieliby zachować ten urząd), a wynik niedawnych wyborów senackich nie napawa go optymizmem, nietrudno zauważyć, że drogi USA i Europy oraz Rosji coraz bardziej się rozchodzą. Symptomatyczna jest ostateczna odmowa przekazania przez Francję rosyjskiej flocie pierwszego z wyprodukowanych Mistrali.

Jak to rzutuje na naszą sytuację? Środowiska do tej pory dość zgodnie współdziałające na terenie Polski również zaczynają realizować sprzeczne interesy. Dla USA najwygodniejszym byłby w Polsce rząd dający gwarancję lojalności względem Waszyngtonu. Oznacza to, że rząd wspierany z Berlina to dla Stanów obecnie za mało, bo Niemcy okazały się mało wiarygodnym sojusznikiem. Berlin, oczywiście, chciałby zachować kontrolę nad tym, co dzieje się nad Wisłą, zaś Rosja, z oczywistych powodów,  chciałaby swoje wpływy rozciągnąć.

Oczywiście, dla Berlina większym celem jest wyeliminowanie z gry w Polsce USA, stąd ciągły sojusz z promoskiewskim PSLem i tolerowanie „ośrodka prezydenckiego”, ale w dalszej perspektywie może to ulec zmianie. Szczególnie, że niedawno na Węgrzech Stany pokazały, że potrafią niesfornych sojuszników przywołać do porządku i wymusiły zmianę tonu Orbana w sprawie Ukrainy, mimo że Węgry uniezależniły się od międzynarodowych instytucji finansowych. Podobnie stało się w Pradze. Jest więc możliwe, że wkrótce podobny nacisk zostanie wywarty na Polskę, czy nawet Niemcy. Szczególnie, że wszystkie sondaże mówią o wzrastającym poparciu polskiego społeczeństwa dla opcji atlantyckiej, zdecydowanej słabości opcji rosyjskiej i słabnącym poparciu dla stronników Berlina.

Uwzględniając dynamikę sytuacji, realnym jest zagrożenie, że opcja moskiewska już podczas wyborów prezydenckich znajdzie się w osamotnieniu. Oczywiście, jeśli znowu dojdzie do sojuszu opcji rosyjskiej i europejskiej, jak w 2007 roku, to Bronisław Komorowski raczej wybory prezydenckie wygra. Opcja atlantycka w pojedynkę nie będzie w stanie im się przeciwstawić. Co jednak, jeśli rozejście się Niemiec i Rosji spowoduje, że Platforma wystawi zupełnie inną osobę tak, by wykluczyć wpływ Rosji na sytuację w Polsce. Już w 2010 roku wystawiając Bronisława Komorowskiego, zamiast przewidywanego wcześniej Donalda Tuska, w wyborach na Prezydenta RP, opcja niemiecka w Platformie zredukowała opcję rosyjską do roli „strażnika żyrandola”, ogrywając tym samym niedawnego sojusznika. „Ośrodek prezydencki” na pewno to pamięta i woli przygotować się na sytuację, gdy przestanie być potrzebny.

I właśnie dlatego Bronisław Komorowski i jego kamaryla potrzebują oderwać się od politycznej bazy rozszerzając jednocześnie swoją bazę społeczną. Doprowadzić do stanu, w którym kolejne pięć lat rządów nie będzie zależało ani od aktualnego poparcia dla poszczególnych partii politycznych, ani od relacji między poszczególnymi opcjami.

I temu służył kryzys kontrolowany.

Kryzys kontrolowany

Dodano 19 listopada 2014, w polityka, Polska, społeczeństwo, służby specjalne, przez Wędrowiec

Procedury działań pirotechnicznych są takie, że w przypadku zauważenia bezpańskiej torby, czy paczki w miejscu publicznym, po zabezpieczeniu terenu i upewnieniu się, że w środku znajduje się materiał wybuchowy, zawsze na końcu przeprowadza się neutralizację ładunku. Różną ma to formę, jeśli jednak nie ma innych możliwości, przeprowadza się po prostu eksplozję w warunkach kontrolowanych, czyli takich, które gwarantują najmniejsze możliwie straty.

zwiastun burzy3

Najprościej wygląda to tak, że ładunek wywozi się na specjalny poligon, gdzie zostaje zdetonowany w miejscu nie zagrażającym ludziom, zwierzętom, ani infrastrukturze.

Podobne działania przeprowadza się w innych dziedzinach życia. Szczepionki przeciw różnym chorobom to nic innego, jak kontrolowane zakażenie organizmu, którego celem jest przygotowanie systemu immunologicznego na prawdziwą infekcję.

W dziedzinie służb antykryzysowych również przeprowadza się swoiste „ćwiczenia” polegające na kontrolowanym przeprowadzeniu kryzysu choćby po to, żeby sprawdzić, jak zadziała system w warunkach prawdziwego zagrożenia i jakie luki są do naprawienia.

Służby specjalne…
Służby specjalne również znają pojęcie kryzysu kontrolowanego i stosują go. Najbardziej znanym kryzysem kontrolowanym w historii była Operacja „Walkiria” zapoczątkowana zamachem na Hitlera w Wilczym Szańcu w lipcu 1944 roku. Pozwoliła ona Himmlerowi zlikwidować ostatecznie opozycję w III Rzeszy i przejąć kontrolę nad wszystkimi aspektami funkcjonowania państwa niemieckiego. Także doprowadzenie do wybuchu Powstania Warszawskiego wygląda na próbę przeprowadzenia kryzysu kontrolowanego, którego celem ze strony niemieckiej miało być wymuszenie zmiany sojuszy i zawiązanie koalicji antysowieckiej z udziałem państw zachodnich i Polski (oczywiście, okrojonej).
Kryzysem kontrolowanym mogła być też (i moim zdaniem była) „afera podsłuchowa”.

10629683_823669991028733_6889658905759970035_n

Czy ten, cyrk, który widzimy od niedzieli, związany z wyborami samorządowymi jest kryzysem kontrolowanym?

Przyjmijmy, że KTOŚ mający wiedzę i możliwości, uzyskuje informacje, że wdrażany informatyczny system głosowania jest wadliwy i dziurawy, że bez problemu można za jego pomocą manipulować wynikami wyborów i żadne ruskie serwery do tego nie są potrzebne.
Załóżmy, że ten KTOŚ przekazał odpowiednie informacje wyżej, swoim przełożonym, ale tam zostały one zignorowane.
Załóżmy, że ten KTOŚ zdaje sobie sprawę z możliwych konsekwencji użycia tego systemu w przypadku wyborów prezydenckich i parlamentarnych i że na to się nie zgadza.

KTOŚ postanawia więc zdetonować tę bombę w sposób kontrolowany niszcząc w istocie wadliwy system i pokazując wszystkim co można z nim zrobić, jak można żonglować wynikami.

Skutki polityczne kryzysu są niewielkie, bo dotyczą tylko spraw lokalnych, nie rzutując na obronność, politykę zagraniczną, czy gospodarczą. Zgódźmy się, że kompetencje sejmików wojewódzkich są bardziej, niż symboliczne.

Jednocześnie jednak skutki społeczne są gigantyczne! Przecież oto cały świat widzi, że w Polsce sfałszowanie wyborów to żaden problem. Nagle o konieczności powtórzenia głosowania mówią nie tylko „oszołomy z PiSu”, ale nawet urzędujący minister Grabarczyk. Coś, co wcześniej uchodziło za przejaw frustracji, teraz staje się oczywistą oczywistością.

10635773_724611707593632_5796446996915000155_n

Sypie się tym samym cała narracja o stabilności politycznej kraju, sypie się (po raz kolejny) opowieść o paśmie sukcesów. Do świadomości najbardziej opornych zaczyna docierać rzeczywisty stan państwa i zrozumienie konieczności jego naprawy. Póki jeszcze jest na to czas.
Spisek? Niekoniecznie. Do przeprowadzenia takiej akcji nie trzeba wielu ludzi. Wystarczy dwóch-trzech, a nawet jeden. Byle dobrze ulokowany.

Czy tak jest w rzeczywistości? Nie wiem.
Co świadczy na rzecz takiej teorii? Po pierwsze, absurdalna wręcz ilość „błędów” i „nieprawidłowości” – prawdziwy fałszerz zrobiłby to jednak bardziej finezyjnie tak, by nie można było niczego udowodnić. Po drugie, moment – czemu w trakcie w sumie mało znaczących politycznie wyborów, które IMHO powinny być całkiem odpartyjnione? Po trzecie, cała historia z publicznym dostępem do kodu źródłowego programu do liczenia głosów sugeruje albo beznadziejną głupotę wykonawcy, albo działanie celowe. Zakładam, że za darmo nikt nie jest taki głupi.

Czy jest możliwy inny scenariusz? Owszem. Może to być celowe działanie służb ościennych mających na celu wywołanie w Polsce kryzysu politycznego właśnie w momencie, gdy Ukraina zażądała udziału Polski w rokowaniach na temat swojej przyszłości, a NATO informuje o koncentracji wojsk rosyjskich w Donbasie.

Ale jeśli tak, czemu teraz, a nie za ledwie pół roku, kiedy dojdzie do wyborów prezydenckich i taki kryzys miałby znacznie poważniejsze skutki?

Zwykłej głupoty i niekompetencji nie traktuję poważnie. Jak napisałem: nikt nie jest takim idiotą za darmo.

I na koniec warto przeczytać ten wywiad. Gość pośrednio potwierdza, że moja hipoteza może być prawdziwa.


  • RSS