Czy Polska jest sexy?

Dodano 14 listopada 2014, w patriotym, Polska, przez Wędrowiec

Tekst sprzed wielu lat,  ale moim zdaniem wciąż aktualny.

***

Takie pytanie zadał jakiś czas temu „Dziennik” wywołując ogólnonarodową dyskusję, w której wypowiedzieli się intelektualiści od lewa do prawa. Ilość wypisywanych w tych wypowiedziach debilizmów była szokująca. Dopiero głos Wojciecha Wentzla miał rozsądny charakter.
Najbardziej dla mnie zabawne były słowa jednego z autorów (nie pomnę już czyj), który raczył napisać, że rozumie wyjeżdżających z Polski cytując przy tym ich słowa:
- Popatrz wokół. Tu nic nie ma. Nic tu nie dostaniesz.

Słowa te obnażyły mentalność części wyjeżdżających, co zresztą mogę potwierdzić z autopsji. Zamiast samemu postarać się o pracę, zapracować na sukces, czekają oni aż im się da. Wyjeżdżają tam, gdzie – jak im się wydaje – wszystko jest dane. To właśnie tacy ludzie lądują we włoskich obozach pracy i na londyńskiej ulicy. Nie najbardziej aktywni, tylko właśnie najbardziej bierni, nastawieni roszczeniowo i oczekujący.

Dobrze jednak, że taka dyskusja się odbyła, bo pokazała, co myślą autorytety. Mam nadzieję, że zdroworozsądkowa większość społeczeństwa dokona dzięki temu selekcji naturalnej mędrków.

Z drugiej jednak strony „Dziennik” postawił złe pytanie. Określenie sexy odnosi się do intymnej sfery życia człowieka, do relacji w sferze nie tyle uczuciowej, co fizyczno-płciowej. Sexy to jest coś, co pociąga, czego się pożąda, co chciałoby się posiąść, a mówiąc wulgarnie…. wydymać.
W tym kontekście Polska może być sexy tylko dla politykierów i aferzystów, dążących do nieograniczonej władzy i rabujących Skarb Państwa. Polska dla nich jest sexy i dymają ją na okrągło.

Stefan Chwin podaje przykład francuskiej Marianny (symbol Republiki Francuskiej), która jest sexy (nawet na obrazach Delacroix odsłania biust) i którą można kochać od kołyski. No dobrze, ale stosunek Francuzów, a szczególnie nowych Francuzów, pochodzących z imigracji, jest do ich kraju właśnie taki: maksymalnie go wykorzystać. Marianna ma dawać na prawo i lewo każdemu, kto zażąda, a jak nie, to spalimy kilka samochodów. W postawie znacznej części obywateli Francji nie ma szacunku do ich kraju. Jest tylko żądanie. Dążenie do wydymania.

Sexy powinna być narzeczona, kochanka, w jakimś tam stopniu żona, ale przede wszystkim dziwka. Musi, bo musi wabić i kusić. Dwie pierwsze w celu złapania i utrzymania TEGO faceta. Ostatnia w celu sprzedania się jak największej liczbie klientów.
Tymczasem relacja między moim krajem, a mną nie odpowiada stosunkom z narzeczoną, kochanką, czy dziwką, a nawet żoną, ale raczej relacji z matką. Narzeczona, kochanka, żona i dziwka pochodzą z wyboru. Tymczasem matki się nie wybiera i tak samo nie wybiera się kraju urodzenia. Można wybrać kraj osiedlenia i pracy, ale nie kołyskę.

Matka nie musi być sexy. Jeśli ktoś patrzy na swoją matkę pod kątem, czy jest ona sexy, to powinien udać się na konsultacje do profesora Lwa-Starowicza. Oczywiście, fajnie jest mieć świadomość, że inni patrzą na nią z pożądaniem. Fajnie jest wiedzieć, że mama jest piękna. Ale nie to warunkuje mój stosunek do niej. Kocham moją matkę bez względu na to, czy jest piękna, wypielęgnowana i wystrzałowo ubrana, czy też stara, brzydka, śmierdzi i puszcza gazy. Mój stosunek do matki nie zależy od tego, czy mówi ona piękne i mądre rzeczy, czy bredzi sklerotycznie. Jest to moja matka i innej mieć nie będę.

Oczywiście, chciałbym, żeby moją matkę otaczano szacunkiem i żeby podobała się innym, żeby była sexy DLA INNYCH. Dlatego w ostatnich latach życia mojej matki kłóciłem się z nią często usiłując zatrzymać nieuchronny proces starzenia się i staczania w śmierć.

Dlatego zrozumiałe jest, że kochający Polskę jej synowie i córki czasem jej ostro nawrzucają za to, że o siebie nie dba, że szlaja się po salonach, gdzie nią pogardzają, że pozwala się traktować jak „biedna panna bez posagu”, mimo bogactwa jej kultury i tradycji. Ale mimo to, jak pan Chwin, nadal będą otaczać ją uczuciem i szacunkiem.

Polacy przypominają nastoletnich chłopców i dziewczynki, którzy dorastając nagle odkrywają, że mamusia nie jest najładniejsza, że nie wie wszystkiego, że czasem robi głupoty. Poznają inne kobiety. Czasem starsze, ale bardziej wypacykowane, czasem młodsze i piękniejsze. Zaczynają porównywać i krytykują. Krytykują jak nastolatek, który stwierdza, że jego starzy nic nie rozumieją.
Sexy jest dla nich Irlandia, czy Szkocja. Znacznie młodsze i bardziej zadbane od matki, a przecież tak bardzo do mamy podobne.

Problem nie w tym, czy Polska jest sexy. Bo ilość obcokrajowców osiedlających się w niej i polonizujących się jak niemiecki aktor Stefan Moeler, właśnie tę atrakcyjność (dla innych) poświadcza.
Problem w dojrzałości nas samych, czy potrafimy jako dorastający nastolatkowie dojrzeć piękno i życiową mądrość w nieco zmęczonej pani w średnim wieku, którą w jej burzliwym życiu kilka razy zgwałcono, ale która mimo to potrafiła zachować dumę i te odrobinę naiwności chroniącą przed cynizmem. Czy potrafimy o nią zadbać? Bez pogardzania i poniżania przejąć na siebie odpowiedzialność za starzejącą się matkę, nie rezygnując przy tym z przelotnych romansów, a nawet małżeństw z innymi, młodszymi i piękniejszymi.


http://www.hr.bci.pl/articles.php?article_id=31

Otagowane:  

Kolejna sprawa warta pamięci

Dodano 16 października 2009, w Bez kategorii, przez Wędrowiec
Rzuciliśmy swe własne domy,
rzuciliśmy najbliższych nam,
nie po to by pisano tomy,
lub aby zdobyć serca dam.
Myśmy rebelianci,
polscy partyzanci.
Poszliśmy w las,
bo nadszedł czas, 
bo nadszedł czas.

Nie chcemy sierpów ani młotów
i obrzydł nam germański wróg,
na pomstę mamy dziś ochotę
za Polskę spłacić krwawy dług.
Refren: Myśmy rebelianci …

Idziemy dziś na polskie szosy,
idziemy na zasadzek moc,
bo chcemy zmienić wojny losy,
więc idziem w dzień i idziem w noc.
Refren: Myśmy rebelianci …


I nie opowiadajcie mi tu pseudofilozoficznych gadek o kondycji człowieka i pacyfizmie. Nie mam zamiaru tłumaczyć się ze swojego prawa do obrony. 

THIS IS SPARTAAAAA!!!


Otagowane:  

Bój prawie równorzędny

Dodano 7 lipca 2009, w Bez kategorii, przez Wędrowiec

W odróżnieniu od Węgierskiej Górki, czy też Wizny, gdzie jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza broniły umocnień zagradzających przeciwnikowi drogę na polskie tyły, 1 Pułk KOP wchodzący w skład 1 Brygady Górskiej toczył walkę manewrową wspierany przez czołgi, artylerię i lotnictwo. Bitwa o Beskid Wyspowy była jedną z nielicznych walk kampanii wrześniowej, w czasie której polscy żołnierze dorównywali wrogowi nie tylko morale i wyszkoleniem, ale także pod względem technicznym.

1 Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza miał za zadanie zabezpieczyć południową flankę Armii Kraków, która z kolei zgodnie z planem obrony Polski po bitwie granicznej osłaniać miała odwrót wszystkich pozostałych jednostek WP. Dlatego też kierunek południowy, choć nie pierwszorzędny, był dla Polaków newralgiczny. Opóźniona z winy aliantów mobilizacja spowodowała, że dowódca Armii Kraków mógł w zasadzie rozwinąć tylko pierwszą linię obrony, bez odwodów. Dysponował bowiem jako siłą odwodową jedynie przesadzoną z koni na czołgi, tankietki i samochody 10 Brygadą Kawalerii pod dowództwem płk Stanisława Maczka. Dwie wciąż mobilizowane dywizje mogły przyjść pod jego rozkazy dopiero w drugim tygodniu września. To oznaczało, że na głównym kierunku natarcia wsparcia będzie mogła udzielić wyłącznie pierwsza polska brygada pancerna.

Znakomita praca wywiadu, w tym służb Straży Granicznej pozwoliła dowódcy Armii Kraków dość dobrze zorientować się w dyslokacji sił niemieckich. Wróg na odcinku Armii zgromadził wojsko mające dwu-trzykrotną przewagę. Jedynym atutem Polaków, poza wyszkoleniem i wolą walki, był górzysty teren zdecydowanie osłabiający możliwości operacyjne sił pancernych, a nawet lotnictwa.

Nie zmienia to faktu, że przeciw 1 pułkowi KOP stanęły trzy niemieckie dywizje liczące 40 tysięcy żołnierzy, 380 czołgów, 120 samochodów pancernych, 84 haubice, 140 dział przeciwpancernych, 75 moździerzy i 24 działa przeciwlotnicze.

Tymczasem żołnierze KOP (ok. 1200 ludzi) bronić mieli odcinka długiego na 10 kilometrów, który zgodnie z regulaminami powinna obsadzić dywizja. Po wzmocnieniu, 1 września, siłami 10 BK obrońcy liczyli łącznie ok. 7 tysięcy żołnierzy, 16 czołgów, 26 tankietek, 27 dział przeciwpancernych, 16 haubic i kilka moździerzy. Mimo takiej przewagi pancerniacy i kopiści wsparci jednorazowo polskimi bombowcami potrafili przeciwstawiać się niemieckiemu natarciu przez 4 dni, a nawet kontratakować.

Rankiem, 1 września 1939 roku łącznik ze sztabu 1 Brygady Górskiej do dowódcy Armii Kraków, generała Antoniego Szyllinga przyniósł alarmujący meldunek od pułkownika Gaładyka, dowódcy Brygady:

Cała dolina od Orawy pełna setek czołgów, samochodów pancernych i transportowych sunących na Jabłonkę, Spytkowice i na Czarny Dunajec. Nie zrozumcie mnie źle, 1. Pułk KOP spełni rolę Leonidasa, ale myślcie o swoim skrzydle i tyłach.

W ciągu godziny kopowcy dostali wsparcie czołgów 10 Brygady Kawalerii oraz artylerii i pociągu pancernego. Trzy godziny później Niemcy przypuścili szturm na polskie pozycje, ale kopowcy wspierani czołgami, artylerią oraz przez dwie kompanie górali z Obrony Narodowej zatrzymywali każdy atak celnym ogniem broni maszynowej. W nocy strzelcy konni pułkownika Maczka przeprowadzi kontrataki spychając wroga na pozycje wyjściowe.

Niemiecka 2 Dywizja Pancerna zmagała się z czołgistami Maczka pod Wysoką, a w tym samym czasie kopowcy koło Rabki odpierali szturmy dwóch niemieckich dywizji: 4 D. Lekkiej i 3 D. Górskiej. Nie mogąc pokonać Polaków w starciu frontalnym Niemcy zaczęli obchodzić polskie pozycje od strony Chabówki. Chcąc uniknąć okrążenia, dowódca kopowców, płk. Wójcik nakazał odwrót.

Kopowcy i pancerniacy odskoczyli do Jordanowa, który Niemcy bezskutecznie próbowali wziąć z marszu, po czym wycofali się na północ od tej miejscowości, gdzie mogli zająć lepsze pozycje obronne.

Trzeci września zaczął się pokrzepiającym polskie serca nalotem naszych Karasi na pozycje niemieckie. Jednym z niewielu w kampanii wrześniowej nalotów w polskim wykonaniu. Dwie eskadry bombowców wyrzuciły śmiercionośny ładunek na niemiecką kolumnę pancerną pod Chabówką i Spytkowicami.

Ochłonąwszy po bombardowaniu Niemcy ruszyli znowu na Jordanów, a nie zastawszy tam polskich oddziałów, rozesłali zwiadowców na poszukiwania. Ci zaś oddział po oddziale wpadali w polskie zasadzki.

Koło południa Niemcy znowu ruszyli napotykając na zdecydowany opór. Niestety, jeden z batalionów 1 Pułku KOP dał się zaskoczyć w trakcie przegrupowania i został rozproszony. Kontrakcja plutonu tankietek uratował sytuację. Niestety, Niemcy już obchodzili znowu skrzydło Pułku, co zagroziło okrążeniem polskich sił. W tej sytuacji pułkownik Maczek przez zatłoczone drogi przerzucił na flankę bronioną przez Pułk prawie całą swoją brygadę. W południe 4 września pod Mszaną kopowcy wraz z pancerniakami ruszyli do przeciwnatarcia odrzucając Niemców o 4 kilometry, czyli o mniej więcej tyle, ile Niemcom udawało się zdobyć w ciągu dnia. Niemieckie kontrataki były do końca dnia odpierane, ale wieczorem groźba ponownego oskrzydlenia zmusiła Polaków do kolejnego odwrotu. Tego dnia z niemieckimi wojskami starły się też wycofujące się z Korbielowa i Węgierskiej Górki oddziały 2 Pułku KOP.

1 Brygada Górska do końca kampanii dzieliła losy Armii „Kraków” wielokrotnie jeszcze współdziałając z czołgistami pułkownika Maczka i wykrwawiając się w kolejnych starciach. Dowódca Armii generał Szyling robił to, co do niego należało: na ile był w stanie osłaniał południową flankę polskich sił nie dając okrążyć i zniszczyć swojej armii i zmuszając wroga do ciągłego wydzielania wojsk do pościgu za wciąż nie pobitymi jednostkami polskimi. W tym za topniejącą 1 Brygadą Górską, która w końcu została zredukowana do stanu pułku włączonego w skład 21 Brygady Górskiej. Tej samej, której odwrót spod Bielska osłaniały forty Węgierskiej Górki i której tradycje kultywuje Karpacki Oddział Straży Granicznej.

Otagowane:  

Stu siedemdziesięciu na jednego

Dodano 3 lipca 2009, w Bez kategorii, przez Wędrowiec

Znacie piosenkę Sabatonu o bitwie pod Wizną „40:1″? Oto jeszcze bardziej niewiarygodna historia, której bohaterami są koledzy obrońców Wizny, tak jak tamci żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza.

Termopile Podkarpacia

Pod Termopilami 300 Spartan zagrodziło drogę tysiąckrotnie silniejszej armii Persów. Pod Węgierską Górką opór dwunastotysięcznej niemieckiej dywizji stawiło 70 polskich żołnierzy. W trakcie zdobywania polskich umocnień poległ co pięćdziesiąty niemiecki żołnierz i „tylko” 20 Polaków.

Kierunek pomocniczy

Przeniesione na granicę zachodnią, południową i północną jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza ze względu na charakter służby w KOP zostały skierowane do działań obronnych jako obsady umocnionych punktów oporu oraz do działań specjalistycznych zbliżonych charakterem do rutynowej służby Korpusu. Zasadniczo oddziały KOP-u nie miały uczestniczyć w walkach na głównych kierunkach niemieckiego natarcia i rozlokowane zostały na ogół w rejonach umocnionych jako jednostki osłonowe dla działań sił głównych. Ich zadaniem nie było zatrzymanie, czy rozbicie przeciwnika, a jedynie uniemożliwienie mu okrążenia wojsk operacyjnych.

Armia Kraków, w skład której wchodziła 1 Brygada Górska Korpusu Ochrony Pogranicza, miała za zadanie zatrzymać niemiecki atak na Śląsk i dalej w kierunku Krakowa. Założono, że ze względów politycznych zdobycie Górnego Śląska będzie dla Niemców na tyle istotne, że nie zastosują tu większych manewrów. Grupa Operacyjna „Bielsko” miała za zadanie osłaniać siły polskie od południa i uniemożliwić wrogowi oskrzydlenie wojsk polskich.

W przedwojennych planach obronnych nie brano pod uwagę możliwości, że sojusznikiem Wehrmachtu może być armia nie istniejącej do kwietnia 1939 roku Słowacji, czy też mających międzynarodowe gwarancje Czech. Utworzenie na początku marca 1939 roku przez księdza Tito uzależnionego od Niemców państwa słowackiego i zastąpienie państwa czeskiego Protektoratem Czech i Moraw podlegającym III Rzeszy, uruchomiło natychmiast zmiany w planach obronnych. Już w kwietniu rozpoczęły się prace planistyczne mające na celu stworzenie systemu umocnień osłaniających polską granicę południową w najbardziej zagrożonych rejonach. 24 czerwca tego roku zapadła decyzja o budowie fortów w rejonie Węgierskiej Górki i Korbielowa, a w lipcu rozpoczęte zostały prace budowlane. W ciągu dwóch miesięcy zachowując tajemnicę wojsko i zmilitaryzowana formacja Junacki Hufiec Pracy przy pomocy ludności miejscowej zbudowały pięć  i przygotowały do walki cztery z planowanych 16 schronów w Węgierskiej Górce oraz kolejne pięć z planowanych siedmiu w rejonie Krzyżowa-Przyborów. Ostatnie jednostki KOP obsadzające fortyfikacje przybyły… 31 sierpnia 1939 roku!

 

Bitwa o Podkapacie

Pierwsze strzały na odcinku działania 1 Brygady Górskiej KOP padły 1 września 1939 roku krótko po godzinie 4.00. Na pozycje 1 Pułku Piechoty KOP między Orawką a Nowym Targiem ruszyły trzy niemieckie dywizje (stosunek sił ok. 30:1), zaś przeciw 2 Pułkowi Piechoty KOP i pozycjom umocnionym w rejonie Węgierskiej Górki i Korbielowa wystąpiła tylko jedna dywizja, za to nie byle jaka: 7 Bawarska Dywizja Piechoty, w składzie której w I wojnie światowej walczył Adolf Hitler (stosunek sił ok. 10:1).

Celem Niemców było zaatakowanie południowej flanki Grupy Operacyjnej „Bielsko” Armii „Kraków”, obejście wojsk polskich i odcięcie im odwrotu, a w konsekwencji okrążenie i zniszczenie. Na drodze stały im dwa pułki Korpusu Ochrony Pogranicza.

1 Pułk Piechoty KOP współdziałając z 10 Brygadą Pancerno-Motorową pułkownika Stanisląwa Maczka toczył ciężkie walki z napierającymi na niego niemieckimi dywizjami aż do 4 września spowalniając marsz Wehrmachtu w głąb Polski.


W dolinie Soły

7 Bawarska Dywizja Piechoty wkroczyła na teren Polski przez przełęcz Zwardońską. Od razu napotkała opór polskich jednostek, które zatrzymały Niemców w odległości ledwie 7-8 kilometrów od granicy. Dywizja, żeby przełamać opór trzech kompanii podciągnęła ciężką artylerię i rozpoczęła ostrzał. Pod osłoną nocy kompanie Obrony Narodowej wycofały się na rozkaz przełożonych do swojego punktu koncentracji przekazując stanowiska kompanii KOP ppor. Romana Talarka.

W nocy Niemcy podciągnęli artylerię, która od rana 2 września rozpoczęła ostrzał pozycji polskich. O godzinie 11.00 ruszyło natarcie niemieckie, które podeszło na przedpole bunkrów w Węgierskiej Górce. Zatrzymał je celny ogień polskich karabinów maszynowych. W starciu zakończonym sukcesem Polaków, uległ rozbiciu Batalion KOP „Berezwecz” broniący podejść do fortyfikacji.

Wobec faktu, że broniąca linii kolejowej Cieszyn-Bogumin 21 Dywizja Piechoty Górskiej pod naciskiem wojsk niemieckich zaczęła odwrót na wschód i skończyło się strategiczne znaczenie fortyfikacji w dolinie Soły, dowódca 1 Brygady Górskiej nakazał odwrót podległym sobie oddziałom broniącym Węgierskiej Górki i Korbielowa. Brak środków łączności spowodował jednak, że rozkaz nie dotarł do załóg trzech schronów w Węgierskiej Górce, w tym do dowódcy obrony, kpt. Tadeusza Semika. Wycofała się tylko załoga schronu „Waligóra”, której i tak zabrakło amunicji, wraz z resztkami Baonu KOP„Berezwecz” oraz baterią artylerii górskiej.

70 przeciw tysiącom

3 września rozegrała się ostateczna bitwa o pozostałe trzy schrony. W nocy Niemcom udało się podejść w bezpośrednie sąsiedztwo schronów eliminując je jeden po drugim z walki. Działka przeciwpancerne strzelające na wprost z małej odległości w otwory strzelnicze bunkrów niszczyły kolejno stanowiska polskich dział i karabinów maszynowych zmuszając bunkry do zamilknięcia. Kolejno z bitwy odpadały kolejne stanowiska. Schron „Włóczęga” skapitulował w godzinach rannych 3 września z braku amunicji. Krótko potem schron „Wąwóz”zaprzestał ognia z broni maszynowej i armaty, które zostały zniszczone. Niemcy skoncentrowali się na schronie „Wędrowiec” stanowiącym punkt dowodzenia Polaków. Walka o niego trwała blisko 11 godzin. Niemcy weszli na dach schronu i przez otwór przeznaczony na niezamontowaną kopułę obrotową wrzucali materiały wybuchowe i granaty mające zabić lub ogłuszyć obrońców. Kilkunastoosobowa załoga poddała się dopiero o godzinie 17.00, gdy wobec zniszczenia przez wroga broni ciężkiej i wyczerpania amunicji dalsza walka nie miała sensu. Ranny kapitanSemik został z bunkra wyniesiony na noszach.

Niemieccy szturmani widząc, że opór całej dywizji stawiało kilkunastu ludzi, wpadli we wściekłość mordując na miejscu dwóch obrońców.Dopiero interwencja niemieckiego majora ocaliła pozostałych.

Pod osłoną nocy załoga ostatniego, nie zdobytego jeszcze bunkra „Wąwóz” wycofała się bezpiecznie do Żywca.

 ***

Upadek Węgierskiej Górki nie zakończył epopei 1 Brygady Górskiej KOP. Zebrany na powrót, rozbity wcześniej w Węgierskiej Górce, Batalion KOP „Berezwecz” stoczył potyczkę z oddziałem Wehrmachtu przedzierając się przez wieś Lipowa, a 4 września ponownie starł się z oddziałami 7 Bawarskiej Dywizji Piechoty zabijając 47 Niemców.

Wycofujący się z Korbielowa, gdzie nie stoczono walk, batalion KOP „Wilejka” zaskoczył niemieckie wojska pod Pcimiem i również zadał im poważne straty.

1 Pułk Górski KOP opóźniał działania niemieckie aż do 4września, gdy po polskim kontrataku pod Mszaną Dolną zagrożony oskrzydleniem musiał się wycofać.

Ostatnim bojem Brygady były walki z 2 Dywizją Pancerną i 4 Dywizją Lekką pod Wiśniczem i Bochnią. Mimo sukcesu, w wyniku strat Brygada musiała opuścić swoje pozycje, po czym została przeformowana w Pułk KOP i włączona do 21 Dywizji Piechoty Górskiej.

Wobec wdarcia się słowackiej Armii Polowej „Bernolak” na polskie tyły koło Krynicy, a potem Sanoka Armia Kraków została zmuszona do odwrotu w celu uniknięcia okrążenia.

 

Opór Węgierskiej Górki spowolnił marsz 7 Bawarskiej Dywizji Piechoty, która nie mogła na swoich tyłach zostawić umocnionej pozycji obsadzonej regularnym wojskiem przeciwnika. Zanim oddziały niemieckie mogły ruszyć dalej, musiały rozwiązać problem Węgierskiej Górki. Postawa garstki obrońców zmusiła Niemców do przedwczesnego rozwinięcia sił Dywizji i zaangażowania się w uporczywą walkę. Dzięki temu oddziały Grupy Operacyjnej„Bielsko” zyskały czas konieczny do wycofania się na nowe pozycje obronne.

 

Kapitan Semik w niewoli miał rozmawiać z jednym z wyższych oficerów 7 Bawarskiej Dywizji Piechoty, według którego Niemcy pod Węgierską Górką stracili 200-300 zabitych. Trudno dociec, czy liczba ta obejmuje 50 Niemców poległych pierwszego dnia, a na pewno nie uwzględnia strat poniesionych w potyczkach pod Lipową i Pcimiem. Ze strony polskiej w bezpośredniej obronie schronów „Wędrowiec” i „Włóczęga” poległo 7 żołnierzy. Kolejnych 7 żołnierzy z obsługi ckm w schronie „Waligóra” zostało rozstrzelanych przez Niemców (nie zdążyli się wycofać), a 4 zginęło w ziemnym schronie koło „Włóczęgi”. Można przyjąć, że w bezpośredniej obronie Węgierskiej Górki poległo 20-25 żołnierzy. Za każdego zabitego Polaka wróg tracił więc 10 swoich żołnierzy. Trzeba przy tym pamiętać, że pozycje bronione przez około 1.200 żołnierzy atakowało dziesięciokrotnie więcej wrogów. 2 i 3 września, po wycofaniu się Batalionu KOP „Berezwecz” i pozostaniu na miejscu tylko obsady trzech schronów (70 ludzi) stosunek sił niemieckich do polskich wynosił jak 170:1.

Otagowane:  

Najważniejsza książka mojego dzieciństwa

Dodano 31 stycznia 2009, w Bez kategorii, przez Wędrowiec


Pewnego wieczoru moja mama powiedziała, że ma dla mnie
niespodziankę, ale przed dziewiętnastą muszę być umyty w łóżku. Dziewięcioletni
Maciuś zmobilizowany w ten sposób szybko umył „rynek i okolice”, przebrał się w
piżamę i zakopał w pościeli łóżko-półki z epoki wczesnego Gierka. Mama
przystawiła do łóżka krzesło, usiadła, rozłożyła na kolanach opasłe tomiszcze z
pożółkłymi kartkami i zaczęła czytać:

Rok 1647 był to dziwny
rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i
nadzwyczajne zdarzenia.

Współcześni kronikarze
wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła sie z Dzikich
Pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednia napadów tatarskich.
Latem zdarzyło sie wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła
sie na niebie. W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w
obłokach; odprawiano wiec posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili,
ze zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki…


Tak zaczęła się moja Wielka Przygoda. Otworzył się przede
mną świat sienkiewiczowskiej „Trylogii”. Znałem go co prawda z serialu
„Przygody pana Michała”, ale była to znajomość jak zza szyby turystycznego
autokaru. Widziałem, ale nie wiedziałem co widzę. Tekst książki pozwalał
zagłębić się w cuchnące łojowymi świecami dworzyszcza kresowej szlachty
stojącej na największym w jej dziejach rozdrożu. Zagłębić się i zrozumieć
tragedię, która legła u podstaw upadku Rzeczypospolitej.

 Mama przeczytała mi
tylko kilka pierwszych rozdziałów. Do pojmania pana Skrzetuskiego przez
Tatarów. Po kilku dniach, kiedy zobaczyła, że książka mnie wciągnęła, przestała
czytać wymawiając się obowiązkami. Zasugerowała, żebym czytał sam, a jeśli
będzie mi trudno, to ona pomoże.


Otworzyłem pachnącą antykwariatem książkę, której szczególny
urok polegał na tym, że było to wydanie z lat trzydziestych XX wieku. Była
stara i mówiła o dawnych czasach. Żółte, popękane kartki kryły wiele tajemnic,
jak choćby brunatne plamy i słodkawy zapach krwi na stronie opisującej śmierć starego
Barabasza…


Nad książką spędzałem całe wieczory, a za dnia (była to
zima) ubrany w ciężką zimową kurtkę, białe kalosze i futrzaną czapkę rozbijałem
kijem lodowe bryły krzycząc „Jarema! Jarema!”.


Pierwszy opis śmierci, pierwsze łzy nad poległym bohaterem –
panem Longinusem Podbipiętą. Pierwsza radość i pierwsze wzory osobowe.
Wołodyjowski, Skrzetuski, Rzędzian, Zagłoba. Pewnie dzięki nim wiele lat
później sam znalazłem się wśród Tatarów na Kresach III Rzeczypospolitej wzorem
Pana Michała obserwując, czy nikt nie przekracza granicy. Od nich zaczęło się
moje pożeranie książek. Najróżniejszych. Pierwszą jednak poważną, nie dziecinną
było „Ogniem i mieczem”.

Otagowane:  

  • RSS