Powrót do świata żywych

Dodano 19 kwietnia 2011, w Bez kategorii, przez Wędrowiec

Po roku wracam na bloga. Faktem jest, że to, co wydarzyłosię 10 kwietnia 2010 roku, strata nagła dwóch przyjaciół, w tym jednego bardzo bliskiego i następujące po tym zamieszanie bliskie klimatem do stanu wojny, spowodowały, że nie miałem czasu, sił i chęci uzewnętrzniać się na blogu.

Cóż, więc, w międzyczasie się stało? Zuzia rośnie, ma dwa lata, zaczyna mówić pełnymi zdaniami, a nawet budować krótkie wypowiedzi złożone z dwóch-trzech zdań. Rośnie jak na drożdżach, jest niesamowicie energiczna, samodzielna i w pełni świadoma swojej tożsamości.

Harcersko, zmiany. Zmieniliśmy lokalizację środowiska na nową, a nawet nowe, bo teraz obejmujemy dwie szkoły, choć relacje wewnątrz środowiska i z partnerami zewnętrznymi są bardzo trudne i bardzo łatwo je zepsuć.

W pracy uzyskałem wyższy stopień i – na razie na próbę –przeniosłem się do innego biura. Jest… Inaczej.

I kończę studia podyplomowe w zakresie negocjacji kryzysowych i policyjnych.

I tyle w skrócie. Reszta jutro. 

Otagowane:  

Odpowiedź skautingu na kłamstwa o Baden-Powellu

Dodano 12 marca 2010, w Bez kategorii, przez Wędrowiec

Ruch Skautowy ofiarą reżimu nazistowskiego
Genewa, 10 Marca 2010 r.

8 marca Tajna Służba Zjednoczonego Królestwa przekazała do Narodowych Archiwów
trzy paczki odtajnionych dokumentów dotyczących lat 1937 do 1944. Światowe Biuro Skautowe pozyskało te materiały w celu ich zbadania. Są to głównie notatki policyjne powiadamiające o przyjazdach i wyjazdach członków Hitlerjugend do Zjednoczonego Królestwa. Inne części (dokumentów) są sygnowane nagłówkiem „młodzieżowy ruch nazistowski”.

Jak Baden Powell spotkał się z reprezentantami Hitlerjugend.

Pomiędzy tymi wszystkimi dokumentami jest kopia listu Baden Powella, wysłanego 20 listopada 1937 r. do Joachima von Ribbentropa, niemieckiego ambasadora w Londynie, z podziękowaniem za przyjęcie 19 listopada, którego celem było spotkanie z Jochenem Benemannem i Hartmanem Lauterbachem, oficjalnymi przedstawicielami Hitlerjugend.
List jest grzeczny i w tonie dyplomatycznym. Odnosi się do wspólnego odczucia, że wzajemne kontakty są możliwe między Brytyjczykami i Niemcami w formie wymiany.
Baden Powell pisze: „Mam szczerą nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będziemy mogli temu (kontaktom wzajemnym , przyp. red.) dać wyraz poprzez kontakty młodzieży po obu stronach, i niezwłocznie się skonultuję z moją główną kwaterą celem zorientowania się, jakie mogą przedstawić sugestie”. 
W jednym z pakunków dokumentów jest raport Baden Powella (dalej: BP), na dwóch stronach, przekazany do Komisarza Międzynarodowego, w którym stwierdza On, że ” obaj [ Lauterbach] i Benemann są zainteresowani tym, by skauci zbliżyli się do niemieckiego ruchu młodzieżowego”. Dalej (BP) kontynuuje raport, pisząc, że Ribbentrop „widzi Ruch Skautowy jako bardzo znaczącą siłę w kierunku zbliżenia młodzieży”. Dla Ribbentropa, według raportu BP, „prawdziwy pokój między oboma narodami będzie zależał od wychowania w przyjaźni i w zapomnieniu przeszłych różnic”. W tym raporcie nie ma żadnych instrukcji Baden Powella, co do wprowadzania w praktyce sugestii Ribbentropa.

Lord Baden Powell nie spotkał się z Hitlerem 

W swoim raporcie Baden Powell napisał, iż Ribbentrop chciałby, by On odwiedził Niemcy, by spotkać się z Hitlerem. Oczywiście do takiego spotkania nie doszło. W tydzień po spotkaniu z ambasadorem BP wyjechał do Afryki. Wrócił do Anglii na krótko w 1938 r., by na stałe osiąść w Kenii 27 października 1938 r. Trzy lata później zmarł.

W 1933 i 1937 Światowy Ruch Skautowy odpowiada na delegalizację skautingu przez nazistów

W styczniu 1933 r., przed przejęciem władzy przez partię nazistowską, Hitlerjugend (dalej HJ) wyraziło swą wrogość do skautingu, stwierdzając, że tylko HJ może reprezentować niemiecką młodzież. 17 czerwca 1933 r. Großdeutche Bund, Wielkoniemiecka Federacja zrzeszająca organizacje młodzieżowe, w tym skauting, została zakazana. 26 maja 1934, dekretem zakazano działalności Reichschaft Deutscher Pfadfinder (dalej RDP), kolejnej federacji ruchów skautowych. Dekret określał Federację jako „miejsce ukrycia młodych wrogów nowego państwa”.

To rozwiązanie oznacza koniec dążeń Hitlerjugend, by uzyskać uznanie przez Międzynarodowe Biuro Skautowe, wyrażanych w kontaktach podczas Jamboree na Węgrzech ( W sierpniu 1933 r. ). Do kontaktów z Biurem został wtedy wydelegowany szef sztabu HJ Karl Nabersberg.. On też udał się w 1934 r. do siedziby Biura w Londynie, w skautowym mundurze, by negocjować kontakty. Usiłował się też kontaktować ze skautami francuskimi.
Nic z tych negocjacji nie wyszło, i rozwiązanie RDP było tego konsekwencją.

W sierpniu 1933 r. Światowa Konferencja Skautowa w Godöllo, na Węgrzech, przegłosowała następującą rezolucję (15/33), zatytułowaną „Propaganda polityczna”: ” Kongres zwraca ponownie uwagę na fakt, że każda propaganda polityczna, o jakimkolwiek charakterze, bezpośrednia lub pośrednia, narodowa lub międzynarodowa, nie może być dozwolona na żadnym obozie lub skautowym zgromadzeniu, w których uczestniczą jako zaproszone inne nacje”. 
W 1937r. ta sama Światowa Konferencja była jeszcze bardziej precyzyjna, gdy przegłosowała rezolucję 15/37 zatytułowaną „Patriotyzm”: „Konferencja postanawia zobowiązać Komitet Międzynarodowy, by uczynił wszystko co możliwe dla zapewnienia ażeby Skauting i Wędrownictwo we wszystkich krajach, wychowując w duchu prawdziwego patriotyzmu, autentycznie trzymały się zasad międzynarodowej współpracy i przyjaźni, bez względu na rasę i wyznanie, tak jak zawsze wskazywał Skaut Naczelny (Baden Powell). Stąd każde działania w kierunku militaryzacji skautingu, lub wprowadzanie celów politycznych, które mogą prowadzić do nieporozumień i ograniczyć naszą pracę dla pokoju i dobrej woli miedzy narodami i ludźmi, powinny być zupełnie pomijane w naszych programach”.

Baden Powell i przywódcy Międzynarodowego Biura zagrożeni przez nazistów w 1940 r.

Warto odnotować, że plan inwazji na Zjednoczone Królestwo przez nazistów, przygotowany w 1940 r. przez generała SS Waltera Schellenberga, przewidywał neutralizację około 2800 prominentnych brytyjskich obywateli, wśród których był Lord Baden Powell i główni przywódcy Światowego Biura Skautów.
Do planu inwazji był dołączony dokument „Informationsheft Groß Britannien”, zawierający informacje o społeczeństwie brytyjskim, administracji, systemie edukacji, mediach, grupach religijnych, partiach politycznych, organizacjach emigrantów, masonerii, organizacjach żydowskich, policji, tajnych służbach, opisanych z nazistowskiej perspektywy. 
Część tej książki, zatytułowana „System edukacyjny”, składa się z dwóch podrozdziałów:
„szkoły publiczne” i „Międzynarodowy Ruch Skautowy”.
Czytając ten tekst, mieszaninę nonsensów i bardzo dokładnych informacji, nie możemy się oprzeć zdumieniu.
Naziści wierzyli, że skoro Baden Powell był oficerem wywiadu Armii Brytyjskiej, to skauting, który stworzył w 1907 r., miał służyć tylko celom szpiegowskim na rzecz Anglii, zaś komisarze zagraniczni organizacji skautowych w poszczególnych krajach mieli tylko jedną misję, by przygotowywać miesięczne i kwartalne raporty o politycznej i ekonomicznej sytuacji swoich krajów dla Międzynarodowego Biura Skautowego.
Część poświęcona Międzynarodowemu Biuru ilustruje nazistowski rasizm. Hubert Martin, Dyrektor Biura jest opisany jako pół-żyd.
Te wszystkie fakty pokazują brak wzajemnej sympatii między reżimem nazistowskim, Baden Powellem i Międzynarodowym Biurem Skautowym. Powinno to zachęcić dzisiejszych skautów do refleksji nad swoją historią i do lepszego zrozumienia swej misji nosicieli pokoju. Trzeba też strzec się totalitarnych reżimów, które zawsze usiłowały zakazać lub ograniczać ruch skautowy.
(Na podst. Oficjalnego Stanowiska WOSM, tłumaczenie: Redakcja Harcerza Rzeczypospolitej)

Kontakt :
M. Richard Amalvy (English, Français, Español)
Director, External Relations
World Scout Bureau
+41793216849 | ramalvy@scout.org”

Otagowane:  

Ech :-( :-( :-(

Dodano 28 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez Wędrowiec
Otagowane:  

Powrót z zaświatów

Dodano 10 czerwca 2009, w Bez kategorii, przez Wędrowiec

Od trzech miesięcy funkcjonuję w stanie totalnego szokupoporodowego, to znaczy usiłuję ustawić swój świat tak, by było w nim jaknajwięcej miejsca dla małej, a też by z jak najmniejszej ilości spraw rezygnować. Przyznam, że nie jest to proste, ale da się zrobić.

Mała ma ponad 3 miesiące i rozwija się wspaniale. Zaczyna siadać, operuje rączkami, potrafi sobie przysunąć to, co ją interesuje. Testuje wszystko smakiem. Wczoraj wzięła moją dłoń jak Obelix kawał dzika i zaczęła ogryzać.Wyglądało to komicznie. Szczególnie zapamiętanie na buzi Zuśki.

W pracy na szczęście nie zostałem kierownikiem. Wrobiłem w to szczęście koleżankę. Trzy miesiące zapierniczania na funkcji kierowniczej i zasypianie w ubraniu na fotelu stanowczo mi wystarczą. Mam teraz stanowisko półsamodzielne, to znaczy swój zakres zadań i ewentualne robienie innych rzeczy o ile zmieści się czasowo. A zajmuję się fajnymi sprawami pozwalającymi poszerzyć wiedzę zróżnych dziedzin.

Za trzy tygodnie kończę pełnić jedną z funkcji w ZHP. Zrezygnowałem z kierownika Wydziału Specjalności w GK ZHP. To jeszcze przed narodzinami Zuzi, ale dałem trzymiesięczne „wypowiedzenie”. Ile w końcu można pełnić funkcji? Chociaż to trochę nie do końca tak. Owszem odpuściłem kierowanie Wydziałem, ale pod swoje skrzydła i tak zgarniam połowę tego, co było pod moją komendą wramach WS. Tworzymy w ZHP pion Obrony Cywilnej. Przede mną kupa roboty organizacyjnej, ale mam do tego super załogę. J

No i tak wychodzę z szoku poporodowego. Tak, faceci też go mają, choć zupełnie inaczej, niż kobiety. Ale jednym i drugim przewraca się świat. Zmienia się hierarchia wartości. Różnica jest tylko taka, że dla kobiety dziecko staje się całym światem, a dla mężczyzny jest tylko na pierwszym miejscu.

A dla wszystkich, wspaniały Okudżawa w wykonaniu niemniej wspaniałego Fronczewskiego. 

Otagowane:  

Światowy Dzień Myśli – The World Thniking Day

Dodano 22 lutego 2009, w Bez kategorii, przez Wędrowiec
Braterskie pozdrowienia wszystkim,
którzy w duszy pozostali młodzi.
Otagowane:  

Harcerskie wejście w dorosłość

Dodano 15 grudnia 2008, w Bez kategorii, przez Wędrowiec


Lesio jest w harcerstwie od dwóch lat. Działa w drużynie wędrowniczej i
od pół roku jest przybocznym w drużynie harcerskiej. Kończy kurs
drużynowych i przygotowuje się do próby przewodnikowskiej. Lesio ma 21
lat, a do harcerstwa wstąpił jako człowiek pełnoletni w klasie
maturalnej.

Mateusz z ZHP związany jest „od zawsze”. Na pierwszy obóz pojechał po
czwartej klasie „podstawówki” mając 11 lat. Obecnie studiuje na drugim
roku elektroniki na Wojskowej Akademii Technicznej. Mateusz jest
ceniony jako potencjalny instruktor. Ma wszystko: ideowość, charyzmę,
umiejętność uzasadniania podejmowanych działań ideą i metodą harcerską.
Dopóki jednak studiuje, nie podejmie się samodzielnej funkcji
instruktorskiej. Nie ma na to czasu. Jest więc przybocznym w drużynie
wędrowniczej i pełnoletnim harcerzem.

Wojtek ma 13 lat. Już kiedyś, dwa lata temu, był w harcerstwie, ale
tamta drużyna się rozpadła. Zbyt młody drużynowy nie poradził sobie.
Krótko potem odszedł z harcerstwa. Wojtek wrócił pół roku temu. Do
powrotu skusiła go perspektywa dołączenia wkrótce do drużyny
wędrowniczej złożonej z pełnoletnich kolegów. Myśl, że jako równy wśród
równych stanie wraz z maturzystami i studentami podnosi w jego oczach
jego własną wartość.

Poszukiwanie granicy

Zadaniem harcerstwa jest wychowanie. Co do tego nie ma żadnych
wątpliwości. Kiedy jednak nasz proces wychowawczy się kończy? Kiedy
możemy powiedzieć, że właśnie doprowadziliśmy wychowanka do punktu, od
którego powinien iść sam? Czy ten próg krańcowy jest jakoś wyznaczony?

Z punktu widzenia litery prawa człowiek staje się pełnoletni z chwilą
ukończenia 18 roku życia. Wtedy nabywa większość uprawnień wynikających
z Konstytucji RP. Większość. Część jednak uzyskuje w chwili ukończenia
lat 21, jak choćby bierne prawo wyborcze, a i to nie do końca.
Ale zaraz, przecież osoba, która zawarła związek małżeński przed
ukończeniem 18. roku życia nabywa automatycznie wszystkie prawa
wynikające z pełnoletności i jest uznawania za pełnoletnią.
Czy próg 18 lat i uzyskania pełnoletności jest więc właściwym progiem
zakończenia pracy wychowawczej? Jeśli tak, to co zrobić z granicą 21
lat? Jeśli państwo osiemnastolatka nie uznaje za dość dojrzałego by
mógł być radnym i posłem, to czy my możemy uznać w nim dojrzałego
obywatela? A co z nabyciem pełnoletności przed ukończeniem 18 roku
życia? Czy harcerka lub harcerz, którzy założyli rodzinę w wieku 16-17
lat nie potrzebują naszej pomocy? Mamy zostawić ich własnemu losowi, bo
„są dojrzali”? A czy przedwczesne zawarcie związku małżeńskiego nie
jest właśnie dowodem niedojrzałości?

Czyż więc formalna granica wieku pełnoletniego nie jest tylko umowna i
czy powinna mieć wpływ na nasze wychowawcze myślenie? Zachowanie
kibiców i rezerwistów, nie różniące się niczym od tego, co robi
wycieczka gimnazjalistów, dowodzi właśnie tego, że wiek nie determinuje
dojrzałości, a proces wychowawczy z wiekiem nie jest ściśle powiązany.
Na postawy człowieka i na jego dojrzewanie mają bowiem wpływ bardzo
różne czynniki, z których biologiczne nie są kluczowe.

Inicjacja w dojrzałość

Kulturowo kwestia dojrzałości wiąże się nie tyle z wiekiem, ile z
przejściem próby inicjacyjnej, od której człowiek zostaje uznany za
dojrzałego. Inicjacja jest stara jak ludzkość i występuje wszędzie, we
wszystkich kulturach i cywilizacjach. Ma różne formy. Może być
religijnym rytuałem jak indiański Taniec Słońca, katolickie
bierzmowanie, protestancka konfirmacja, czy żydowska barmicwa. Może
wiązać się z zawodem jak pasowanie na rycerza, czy wyzwolenie na
mistrza lub rozwojem umysłowym jak zdanie matury, czy ukończenie
studiów. Może być różna. Ważne jest, że inicjacja w dorosłość zawsze
jest związana z jakąś formą testu, próby, sprawdzianu i poświadczona
religijnym lub świeckim obrzędem, od którego nabywa się nowe prawa: do
stroju, tytułu, czy pewnych zakazanych dotąd czynności.

Harcerz w swoim rozwoju takich progów ma kilka. Pierwszym jest
obietnica zuchowa dająca mu prawo noszenia munduru takiego jaki ma
„duży druh”. Drugi stanowi, oczywiście, Przyrzeczenie Harcerskie, od
którego harcerz upodabnia się coraz bardziej do swojego ideału, stając
się stopniowo prawie jak drużynowy. Kolejny próg, to naramiennik
wędrowniczy pozwalający czuć się elitą elit, wybrańcem. I wreszcie…

No właśnie, nie ma tego „wreszcie”. Nie ma ostatniego progu,
stanowiącego harcerską maturę, podsumowującego drogę harcerza i
stanowiącego nasz firmowy znak jakości.
Takim progiem zamykającym proces wychowawczy mogłaby być próba Harcerza
Rzeczypospolitej i patrząc na regulaminy tego stopnia można dojść do
wniosku, że miał on być taką właśnie inicjacją w dorosłość. Niestety,
nie jest. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że do stopni autorzy
podeszli źle. Zamiast zacząć od wskazania „modelu docelowego” opisując
go wymaganiami Harcerza Rzeczypospolitej, a potem w regulaminach
kolejnych stopni określać etapy dojścia, dopasowywano wymagania stopni
do z góry określonych poziomów wiekowych. W efekcie mamy to, co mamy.

Przyjęcie Harcerza Rzeczypospolitej za próg końcowy harcerskiego
procesu wychowawczego pozwoliłoby nie tylko precyzyjnie opisać całość
oddziaływań pedagogicznych w ZHP, ale także rozwiązałoby kwestię
pełnoletnich harcerzy.

Przyczajony problem, ukryty skarb

Nie ulega wątpliwości, że członkowie ZHP, którzy ukończyli 18 lat, a
nie są instruktorami, stanowią swoisty problem. Z jednej strony są
bardzo ważnym rezerwuarem kadry instruktorskiej. To spośród nich
werbuje się kandydatów na drużynowych, a po reformie szkolnej proces
ten będzie narastał choćby dlatego, że do matury wędrownik nie ma czasu
na podejmowanie poważnych i samodzielnych funkcji wychowawczych. Na to
może mieć czas student lub absolwent.
Pełnoletni harcerze są też „windą” ciągnącą do harcerstwa młodszych.
Nie jest bowiem nic „rajcującego” w przynależności do organizacji,
której członkowie są rówieśnikami lub – o zgrozo! – są młodsi. Co to za
frajda ganiać się ze „szczylami”? Jeśli jednak można ubrać się jak
podziwiani dorośli, którzy mają na koncie kilka szalonych wypraw, skoki
ze spadochronem, loty na paralotni i inne „wyczesane” przygody, o to
zakładając mundur czuję się dumny, że jestem „prawie jak” oni. A skoro
jestem „prawie jak”, to naturalną konsekwencją jest próba stania się
„takim jak”, bez „prawie”. Naturalny proces wychowawczy opiera się
bowiem na naśladownictwie, a nie na gadaniu. „Prawie jak” jest i zawsze
było podstawą skautingu. Dążąc do bycia takim jak starsi koledzy
najpierw pośrednio, a potem bezpośrednio biorę przykład z tego, kto
jest ich wzorem, czyli najczęściej seniora środowiska, bez względu na
to, czy pełni formalną funkcję, czy nie.

Z drugiej jednak strony musimy pamiętać, że naszym celem nie jest
wychowanie wiecznego harcerza, ale obywatela. Nie o to chodzi, żeby
przez następne wieki nasz wychowanek chodził w bluzie z chustą, ale by
zasady harcerskie stosował w codziennym życiu. Większa będzie korzyść
dla harcerstwa z ze stu związanych z nami emocjonalnie „szarych
obywateli”, niż z dwustu „wiecznych harcerzy”, żyjący w swoistym harctrixie, w świecie urojonym, nie mającym odniesienia do rzeczywistości.

To niebezpieczeństwo nie zależy jednak od tego, czy ktoś jest
pełnoletnim harcerzem, czy instruktorem. Takie patologiczne zjawiska
dotyczą obu grup w jednakowym stopniu, a nawet zaryzykowałbym tezę, że
instruktorów w stopniu większym.
Instruktor ma bowiem motywację do angażowania się w postaci SŁUŻBY i
OBOWIĄZKU. Poddany jest dodatkowo presji innych instruktorów, często
starszych nieudaczników, którzy żądają zaangażowania w działalność
harcerską przez 48 godzin na dobę, a każde ograniczenie aktywności
traktują jak dezercję.
Zagrożenie to nie dotyczy – lub dotyczy w mniejszym stopniu –
instruktorów o ustabilizowanym życiu prywatnym i osobistym. Jeśli mam
pracę, studia, narzeczonego lub współmałżonka, dzieci i kredyt
mieszkaniowy, potrafię regulować swoje zaangażowanie w harcerstwie.
Jeśli ja sam dysponuję całym swoim czasem, a pieniądze traktuję jak zło
konieczne, to będę ofiarą harctrixa bez względu na to, czy jestem instruktorem, czy harcerzem.

Harcerski test dojrzałości

Stopień Harcerza Rzeczypospolitej powinien być więc tak skonstruowany,
by niejako wymuszał ograniczenie aktywności harcerskiej i zwiększenie
zaangażowania poza ZHP. Nawet mógłby się wiązać z roczną „wędrówką” na
wzór tej, jaką przed wiekami musiał odbyć czeladnik przed wyzwoleniem
na mistrza. Na rok kandydat na HRa zrywałby kontakt z drużyną i z ZHP.
Miałby zakaz noszenia munduru. Jedynie pisałby co miesiąc na maila co u
niego słychać. Ale też drużyna, czy Krąg przez rok ma kandydatowi dać
spokój. Przez ten czas miałby za zadanie dokonać wyczynu
potwierdzającego jego dojrzałość jako człowieka i obywatela. To mogłaby
być obroniona na piątkę praca licencjacka lub magisterska. To mogłoby
być założenie firmy. To mogłoby być wstąpienie do służby mundurowej i
pozytywne zaliczenie szkolenia podstawowego.

W próbie tej chodziłoby o to, żeby nasz wychowanek zasmakował dorosłego
życia. Życia nie wyznaczanego rytmem zbiórek, rajdów i obozów. Życia, w
którym o ideałach nie przypomina mundur i węzeł na chuście. Życia, w
którym nasze wartości brutalnie zetrą się z wartościami innych ludzi i
środowisk, i zostaną poddane próbie.

Może być tak, że podczas próby wędrownik zagubi się gdzieś „w kosmosie”. Nie dokończy testu, zniknie.
Trudno. Nie doszedł do końca, jak wielu przed nim, którzy odpadli na etapie młodzika, wywiadowcy, ćwika…

Może być tak, że po roku wychowanek powie:
– W sercu jestem harcerzem, ale na harcerstwo nie mam czasu. Po zakończeniu próby, odchodzę.
Wtedy HR będzie jego harcerską maturą i znakiem jakości. Wepnie w klapę
odznakę pamiątkową, a Krzyż Harcerski ze złotym wieńcem przypnie do
słomianki obok ozdobnego dyplomu-certyfikatu stwierdzającego, że
zakończył harcerski etap podróży. Dziecku powie, że harcerstwo zrobiło
z niego człowieka, mężczyznę, kobietę.

Może być tak, że po zwycięsko odbytej próbie wychowanek wróci do drużyny i powie:
– Poznałem życie, dorosłem, jestem inny, ale tą wiedzą chcę służyć Związkowi jako instruktor lub nie. Dajcie mi coś do roboty.
Taki człowiek będzie naprawdę zaangażowany. Będzie wykonywał swoje
obowiązki – może na bardzo wąskim wycinku – z pełnym poświęceniem i
świadomością celu. Nie będzie jednak autodestrukcyjny. Będzie łączył
role dorosłego człowieka z pozytywną działalnością w harcerstwie.
Nie będzie przy tym miało znaczenia, czy jest instruktorem, działaczem,
członkiem wspomagającym, czy członkiem starszyzny. W każdej z tych ról
będzie stanowił dobry przykład.

I taką starszyznę warto „hodować” w ZHP. Instruktorem powinien być
bowiem tylko wychowawca. Cały pion logistyczno-finansowy należy oddać w
ręce „supportu”: starszyzny, działaczy i członków wspomagających.
Ale to już inny temat.

******


Tekst ukaże się w najnowszym numerze „Harcerza Rzeczypospolitej”.

P.S.
Obie uczestniczki konkursu zgadły. Wiemy już, że czekamy na córeczkę. Będzie miała na imie Wiktoria, ale na drugie. Na pierwsze będzie Zuzanna. :D

Otagowane:  

Wywiad ze mną

Dodano 19 listopada 2008, w Bez kategorii, przez Wędrowiec

Czy druh jest ewangelikiem od urodzenia czy dobrowolnie druh zmienił wiarę? 

Pytanie trudne, ale udzielając wypowiedzi postaram się od razu przybliżyć pewne subtelności ewangelickiego myślenia. 

 

Urodziłem się w rodzinie na poły ortodoksyjnie katolickiej i na poły komunistycznej. Mama była tak zagorzałą rzymską katoliczką, że po II Soborze Watykańskim i likwidacji mszy trydenckiej odprawianej po łacinie przestała uczęszczać do kościoła. Co nie znaczy, że przestała się modlić i żyć wiarą. Z kolei ojciec był wysokim działaczem partii komunistycznej. W rodzinie mam zarówno byłych oficerów „bezpieki”, jak i partyzantów antykomunistycznego podziemia poakowskiego. Ja sam, choć zostałem ochrzczony w Kościele Rzymsko-Katolickim, wychowywany byłem na styku obu światopoglądów, a rodzice zostawiali mi wolność decyzji. Nie miałem tego, co ma większość dzieci, które przyjmują wiarę rodziców, bo od początku miałem dwie opcje do wyboru. To spowodowało, że już w wieku 8-10 lat świadomie potrafiłem podjąć decyzję w sprawie wiary i niewiary i zdecydowałem się na ateizm, a raczej na dziecięcą formę agnostycyzmu zbliżoną w formie do przekonania, że Świętego Mikołaja nie ma, bo prezenty podrzucają rodzice.

No i tak było do 18 roku życia, kiedy zdarzyła się seria cudów, a ja musiałem przyznać się do błędu. Jak to w „Quo Vadis” mówi Petroniusz: Nie można zaprzeczać czemuś, czego było się świadkiem.

Ale to nie było jednorazowe wydarzenie, tylko trwający kilka lat ciąg zdarzeń, które rozbiły mój naukowo-materialistyczny światopogląd stawiając w sytuacji, kiedy jedyną logiczną odpowiedzią był Bóg. Można zacytować Sherlocka Holmesa: Odrzuć to, co niemożliwe, a to, co zostanie jest prawdą nawet, jeśli jest nieprawdopodobne.

 

Trudno tu więc mówić o pełnej dobrowolności. Bóg szedł za mną tak długo, aż nie miałem gdzie przed Nim uciec i postawił w sytuacji, kiedy miałem do wyboru: zaprzeczyć Mu zaprzeczając jednocześnie temu, czego doświadczyłem, albo uznać Go zgodnie ze swoim doświadczeniem. W przypadku pierwszym popełniłbym gwałt na własnym umyśle. Nie da się bowiem zaprzeczyć temu, co samemu się przeżyło. W każdym razie nie da się bez „amputacji” umysłu.

 

Potem były dwa lata poszukiwania swojego miejsca w świecie wiary i kształtowania poglądów w tej kwestii. I nic mi nie pasowało. Nigdzie nie widziałem dla siebie miejsca. W ramach tych poszukiwań trafiłem wydaną przez wydawnictwo świeckie książkę o Marcinie Lutrze, gdzie była omówiona też doktryna Kościoła Ewangelickiego. Okazało się, że moje poglądy pasują do tego, co głosił Luter.

I po raz pierwszy od wielu lat poszedłem porozmawiać z księdzem, w tym przypadku ewangelickim. Trafiłem na wspaniałego nauczyciela, ś.p. księdza seniora Jana Waltera, który przez rok wprowadzał mnie w aspekty wiary ewangelickiej, przy czym nie były to wykłady, a rozmowy i dyskusje. Na przykład nigdy nie powiedział mi, że nie mam racji. Jak gadałem głupoty – wciąż byłem zafascynowany komunizmem i rewolucją – braliśmy na warsztat fragment Biblii i sam dochodziłem do wniosku, że jestem durniem.

 

Ostatnimi akordami tej drogi były dwa przeżycia duchowe. 25 stycznia 1986 roku, w pamiątkę nawrócenia św. Pawła rozliczyłem się z Bogiem i dostałem „nowe otwarcie”. Otrzymałem Ducha i charyzmaty, a 1 czerwca tego samego roku owe dary Ducha zostały potwierdzony widzeniem.

 

Tak w skrócie wyglądało moje 20 lat drogi do Boga. Czy to była droga „dobrowolna”? Moim zdaniem, nie. Ja widzę tu całkowicie prowadzenie. Zarówno moje odejście, jak i pobłądzenie i w końcu powrót były przygotowaniem do dalszej roli, którą zresztą odgrywałem i nadal odgrywam w Kościele. Zostałem powołany i skierowany tam, gdzie mam pełnić służbę.

 


Czy inna wiara wpływa na relacje w drużynie? 

Nie i tak. W naszej drużynie są ludzie różnych wiar, także niewierzący. Fakt, że drużynowy, obdarzony autorytetem jest innej wiary chroni na pewno wszystkich „innych”, uczy oceniania nie ludzi nie na sposób „plemienny”, według zasady „swój-obcy”, lecz na sposób cywilizowany, według przymiotów charakteru. Pozwala też dostrzec, że można być konsekwentnym chrześcijaninem praktykując wiarę na sposób inny, niż rzymsko-katolicki, że nie ma jednej recepty ani na człowieczeństwo, ani na chrześcijaństwo.

Jest to najlepsza, bo praktyczna, droga uczenia tolerancji.


Jednocześnie, nie ma mocniejszej formy utwierdzania w wierze, niż apologia (obrona) katolicyzmu przez protestanta. Prawda jest bowiem taka, że 90 procent zarzutów wobec Kościoła Rzymsko-Katolickiego, to wyssane z palca bzdury rodem z propagandowych broszurek. Wystarczy wiedza minimalnie większa od standardowych uproszczeń ze szkoły, żeby widzieć jak bardzo nasza wiedza na ten temat jest zafałszowana.

 


Czy w druha drużynie są inne osoby innej wiary/wyznania? 

Cała drużyna jest innego wyznania. Są rzymscy katolicy, są agnostycy, ateiści, z drużyną współpracuje druhna wyznania prawosławnego. Ucieszę się, jeśli przystąpi do nas Żyd lub Muzułmanin. Jesteśmy prawdziwym tyglem wyznaniowym.

 


Czy spotyka się druh z jakimikolwiek przeszkodami, działając w ZHP jako ewangelik? Czy czuje się druh czasem dyskryminowany? 

Absolutnie nie. No może tylko w takim zakresie, że powszechne rozumienie 10 punktu Prawa Harcerskiego ogranicza możliwość przynależności do ZHP do rzymskich katolików, muzułmanów i ateistów.

Chodzi o to, że w Kościele Ewangelickim komunia obowiązkowo jest przyjmowana pod postacią zarówno chleba, jak i wina, przy czym KE nie uznaje transsubstancjacji. Luter ujął to tak, że chleb fizycznie pozostaje chlebem, a wino fizycznie pozostaje winem. Jednocześnie jednak poprzez wiarę na mocy Słowa Bożego duchowo jest to ciało i krew Zbawiciela. Spożywamy więc w tym samym momencie zarówno fizyczny chleb, jak i duchowe ciało oraz pijemy w tym samym momencie zarówno fizyczne wino, jak i duchową krew Chrystusa. Takie pojmowanie Darów Ołtarza nosi nazwę konsubstancjacji, czyli współistnienia. Pod tą samą postacią współistnieje jednocześnie chleb i ciało oraz wino i krew.

Kościół Ewangelicko-Reformowany i za nim jego odłamy idą dalej, w Eucharystii widząc jedynie symbole.

Oznacza to, że dla protestanta pojawia się kolizja między nakazem abstynencji, a religijnym obowiązkiem spożywania wina w ramach nabożeństwa. Przy czym dla nas – w takim, czy innym rozumieniu – jest to wino i alkohol. Wyjściem z tego jest pójście za słowami apostoła Piotra, że trzeba bardziej słuchać Boga, niż ludzi i dla nakazu Bożego odłożyć na bok ludzkie ustanowienie zawarte w Prawie Harcerskim. Ale ten wyjątek, czyniony wyłącznie dla Boga, nie zwalnia w niczym z przestrzegania Prawa w każdej innej sytuacji.

Niemniej spotkałem się z poważnymi wątpliwościami, a nawet zarzutami w tej kwestii zarówno ze strony katolickiej, jak i ewangelickiej.


Wracając na grunt ogólny, to są ludzie, którzy czują się dyskryminowani faktem, że w Polsce jest dużo kościołów katolickich. Jednak takie rozumowanie świadczy o ich własnym fanatyzmie i niezdolności do pogodzenia się z rzeczywistością. Polska jest krajem katolickim i muszę ten fakt, wybór ogółu Polaków szanować, jeśli chcę, by oni szanowali mój wybór. Wystarczy mi, że wielu wybitnych Polaków, zasłużonych dla Polski tak w wymiarze politycznym, jak i gospodarczym i wojskowym, to byli moi konfratrzy, żeby wspomnieć tylko Jana Henryka Dąbrowskiego wiodącego legionistów „z ziemi włoskiej do Polski”. To zresztą swoista zabawa, gdy środowiska pomstujące na masonów i „innowierców” śpiewają z dumą Hymn Narodowy zawierający inwokację do masona i innowiercy.

 


Czy jest trudno pracować z ludźmi o odmiennej wierze/wyznaniu? 

Na pewno jest jakiś próg trudności wynikający z faktu, że jednak mamy inaczej ukształtowane myślenie. W katolicyzmie ogromną rolę odgrywa osobowy autorytet, którego personifikacją jest papież, prymas, biskup, proboszcz. Jeśli ma on charyzmę, wszystko sprawnie funkcjonuje. Kiedy jednak jego słowa i postępowanie rozmijają się z odczuciami ogółu wiernych, pojawia się kryzys. Możemy to obserwować obecnie przy okazji z jednej strony swoistego „osierocenia” Polaków po śmierci Jana Pawła II, a z drugiej w związku z kwestią lustracji w Kościele, gdy osoby domagające się wyjaśnienia przeszłości hierarchów stają w otwartej kolizji z hierarchią kościelną.


W Kościele Ewangelickim, opartym bezpośrednio na autorytecie Pisma Świętego, ten problem występuje w mniejszej skali. Nasza przynależność, identyfikacja wyznaniowa nie zależy od charyzmy duchownego, tylko od skali przyswojenia prawd wiary. Mamy cały czas przed oczami, że „wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej”. A skoro tak, to wymagania należy stawiać sobie, a wobec innych być wyrozumiałym.


Przekładając to na drużynę – co obserwuję – w środowiskach katolickich można zauważyć niesamowite parcie na doskonałość i wręcz nieomylność drużynowego. Coś, co w pojmowaniu ewangelickim nie ma prawa istnieć, bo doskonały i nieomylny jest tylko Bóg.

Niemniej spotkałem się z zarzutem wędrowników odchodzących z drużyny, że jestem za mało doskonały i przyznaję się do błędów.


Żeby było jasne: nie porównuję harcerstwa z religią. Mówię tylko o mentalności, świadomości jaką kształtuje u nas określona przynależność wyznaniowa. Jeśli od dziecka przywykam, że konkretna osoba zawsze ma rację, to będę to myślenie przenosił na życie świeckie. Jeśli jednak przyswoiłem sobie myślenie, że każdy jest omylny i mam sam, na podstawie Słowa Bożego lub ideałów oceniać, czy przyjmuję dany przekaz, czy nie, to także zaczynam tak samo patrzeć na świat pozakościelny.


Inna różnica to podejście do kwestii sacrum-profanum. O ile w katolicyzmie powszechne jest rozgraniczanie tych sfer, inne zachowanie w Kościele, a inne na co dzień, co przekłada się na inne zachowanie na zbiórce harcerskiej, a inne na podwórku i w szkole, o tyle w ewangelicyzmie ten podział nie istnieje. Sfera sacrum miesza się ze sferą profanum. W sferze codziennej i wyjątkowej (Kościół, zbiórka) mam zachowywać się tak samo.


W ewangelicyzmie większy nacisk kładzie się na rolę sumienia i dojrzewania do świętości, swoistego dochodzenia do niej, niejako wbrew sobie, co wynika zarówno z filozofii Augustyna z Hippony z jego koncepcją „iluminacji”, jak i z koncepcji „niewolnej woli” Marcina Lutra. Jest to podejście różne od dominującej w Kościele Rzymsko-Katolickim filozofii tomistycznej akcentującej wolną wolę, rozum i świadomy akt decyzji. To powoduje, że podejście ewangelickie jest nieco bardziej wyrozumiałe, mniej rygorystyczne. Paradoksalnie, do XX wieku to w krajach protestanckich była mniejsza przestępczość.

To tylko niektóre różnice mentalne, z którymi trzeba się borykać. Ale w gruncie rzeczy są to drobiazgi.

 


Czy podczas obozów/ wyjazdów ma druh możliwość uczestniczenia w mszach? 

Msze są katolickie. Ewangelicy mają nabożeństwa.

Teoretycznie, tak. W praktyce musiałbym jeździć nieraz wiele kilometrów do najbliższego kościoła, co nie ma sensu.
I znowu pewne wyjaśnienie. Dla katolika centralnym punktem mszy jest Eucharystia. Cała reszta jest do niej przygotowaniem, a ona jest istotą. Dla ewangelika podstawą nabożeństwa jest słuchanie i głoszenie Słowa Bożego oraz wysławianie Boga. Jeśli nie jestem przygotowany duchowo, nie powinienem uczestniczyć w Eucharystii. W starej liturgii ewangelickiej, stosowanej chyba jeszcze na Mazurach, Eucharystia ze spowiedzią odbywała się po nabożeństwie i zostawali na niej wyłącznie ci, którzy chcieli do niej przystąpić. Reszta opuszczała kościół. Wywodziło się to z liturgii wczesnego Kościoła, w której tajemnicę Eucharystii chroniono przed profanami, a szczególnie agentami Rzymu. Jeśli na nabożeństwo przyszedł szpieg, to po wysłuchaniu kazania i odśpiewaniu hymnów musiał wyjść i nie wiedział, co dzieje się dalej. Stąd, zresztą plotka o kanibalizmie pierwszych chrześcijan. Cóż mógł pomyśleć szpieg, jeśli na pytanie: co robiliście po nabożeństwie?, słyszał: spożywaliśmy ciało i krew Pana?
Ta różnica w podejściu powoduje, że jeśli mam Pismo Święte, książkę z rozważaniami i śpiewnik, to mogę sobie zrobić nabożeństwo dla samego siebie. Bogu to w zupełności wystarczy.

Czy ewangelizm znacznie się różni od katolicyzmu? 

Chyba już sporo napisałem.

Generalnie, ewangelicyzm w swoim luterańskim, czyli głównym odłamie opiera się na doktrynie Kościoła Katolickiego sprzed XIII wieku, czyli sprzed rewolucji tomistycznej, która w doktrynie Kościoła spowodowała spore zamieszanie pogłębione zerwaniem więzi miedzy ośrodkami myśli teologicznej spowodowanymi epidemią „czarnej śmierci”, schizmą zachodnią i wojną stuletnią. Efektem było to, że przez 200 mniej więcej lat poszczególne uniwersytety wypracowywały swoją teologię nie wymieniając opinii z innymi ośrodkami. Kiedy na Soborze w Konstancy spróbowano porozumieć się, okazało się, że jest to niemożliwe i jedyne, na co wszyscy mogą się zgodzić, to osoba wspólnego papieża. Pierwsza po XII wieku próba sformułowania spójnej nauki chrześcijańskiej, jaką podjął Luter, musiała w tej sytuacji doprowadzić do wybuchu. Wbrew schematom uczonym w szkole, w XVI wieku nie było dwóch stron sporu, tylko kilkanaście. Główne, to luteranie (uważający się wciąż za katolików), papiści, kalwiniści, zwolennicy Kościołów narodowych, anabaptyści, zwolennicy radykalnych ruchów chłopskich i humaniści. Był to w dużej mierze skutek właśnie tego, że przed rozpadem średniowiecznej Respublica Christiana Kościół nie zdążył przyswoić myśli Tomasza z Akwinu i pogodzić jej z dorobkiem Ojców Kościoła, w stosunku do których Akwinata był dość… radykalny. W efekcie Luter usiłując oprzeć doktrynę chrześcijańską na wciąż wtedy obowiązującym Augustynie, zderzył się z oporem tomistów dominujących już wtedy w świecie nauki. W 1530 roku luteranie ogłosili oparte na myśli Augustyna „Augsburskie Wyznanie Wiary”, a w latach 1547-1563 Sobór Trydencki przyjął teologię opartą na Tomaszu z Akwinu.


I tu zasadzają się różnice. Nicolás Gómez Dávila, hiszpański konserwatysta i katolik, w chwili, gdy zafascynował się Augustynem z Hippony, zbliżył się do luteranizmu tak, że do dziś oskarżany jest o kryptoluteranizm i stanowi ciężki orzech do zgryzienia dla katolickich konserwatystów. Z drugiej strony, żeby zobaczyć jak bardzo luteranizm jest osadzony w średniowiecznej myśli teologicznej, wystarczy porównać pisma Lutra z dziełem Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Wbrew znowu szkolnym schematom pojęciowym, Reformacja była rewolucją konserwatywną w Kościele i społeczeństwie przełomu średniowiecza i renesansu. Antyrenesansowym i antyhumanistycznym, antyneopogańskim buntem w imię tradycyjnej nauki Kościoła.


Jeśli chodzi o szczegółowe różnice doktrynalne, to podstawową różnicą jest prymat autorytetu Pisma Świętego nad Tradycją. Nie znaczy to, że zupełnie odrzucamy Tradycję. Pismo może być czytane tylko w ramach Kościoła i zgodnie z Tradycją. Jednak Tradycja nie jest ani równorzędna, ani ponad Pismem. To, co późniejsze nie może być sprzeczne z tym, co wcześniejsze. Luter nakazy Pisma Świętego dzielił na trzy grupy: to, co być musi, to czego być nie może i to, co jest obojętne.


Z tego wynikają pozostałe kwestie, jak Eucharystia pod dwiema postaciami, zwracanie się w modlitwach wyłącznie do Boga poprzez wyłącznie Chrystusa, i najważniejsze: przekonanie o tym, że zbawieni jesteśmy na mocy łaski Boga, którą przyjmujemy poprzez wiarę w odkupienie przez śmierć Jezusa na krzyżu. Podstawą jest wiara, a nasze uczynki są jej skutkiem i dają jej świadectwo. Nie są jednak drogą do Zbawienia.

Zmartwychwstanie Chrystusa jest potwierdzeniem dzieła Zbawienia i logicznym skutkiem faktu, że jest on Bogiem i nie zgrzeszył. To powoduje, że najważniejszym świętem ewangelickim jest Wielki Piątek, bo wtedy właśnie nastąpiło Zbawienie ludzkości.

Zainteresowanych zapraszam na stronę www.luteranie.pl

 


Co druh sądzi o ateistach w ZHP? Czy powinna być zmieniana rota Przyrzeczenia Harcerskiego dla osób nie wierzących? 

Znowu dotykamy doktryny luterańskiej. W Dużym Katechizmie, w komentarzu do Pierwszego Przykazania Marcin Luter napisał, że każdy człowiek ma jakiegoś boga. Bogiem dla człowieka jest bowiem to, od czego spodziewa się on wszelkiego dobra, z czym wiąże nadzieje i co ukochał najmocniej. W takim rozumieniu nie ma miejsca na ateizm, gdyż nawet jeśli ktoś nie wierzy w Boga osobowego, w Byt Transcendentny, w rzeczywistość duchową, to zawsze ma coś, co stanowi dla niego największą wartość, z czym wiąże wszelkie nadzieje. Dla ateisty może być to on sam, Przyroda, Postęp, Historia, Ojczyzna, Rewolucja, a nawet – jak dla Daniela Passenta z „Polityki” – maszyna do pisania. Nawet tacy guru ateizmu, jak Karol Marks i Fryderyk Engels pisali o świadomej Materii działającej według planu i wcześniejszych założeń. W „Pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa” Engels przekonywał, że Materia (pisana dużą literą) ma świadomość i planowo, celowo urządza rzeczywistość. Jest to ewidentny przypadek deifikacji stworzenia. Nawet tak zawzięci materialiści, jak Marks z Engelsem, nie mogli pewnych spraw wyjaśnić inaczej, niż angażując jakoś rozumiany Byt Wyższy.


Każdy ma więc swojego boga. Oczywiście sprawą osobną jest, czy jest to Bóg prawdziwy, czy tylko bożek, a więc coś stworzonego, czemu przypisuje się cechy boskie. I każdy człowiek sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy będąc wiernym swojemu bogu jest w zgodzie z Prawem i Przyrzeczeniem Harcerskim. Nigdzie nie jest przecież powiedziane, że chodzi o Boga w rozumieniu katolickim, czy też ogólnie chrześcijańskim.

Ateista wierzący w Postęp słowa „pełnić służbę Bogu i Polsce” może interpretować „pełnić służbę Postępowi i Polsce”. Będzie to jak najbardziej pozytywne i dopuszczalne. Wszystko zależy od sumienia człowieka. Jednym z największych dla mnie autorytetów etyki chrześcijańskiej jest socjalista, mason i agnostyk, przywódca odbudowanej w latach 80-tych Polskiej Partii Socjalistycznej, Jan Józef Lipski.


Dodajmy, że zgodnie z doktryną augustyńską i teorią niewolnej woli, wiara nie jest dziełem człowieka. Człowiek sam z siebie nie jest w stanie uwierzyć. Wiara jest dana. Nie mam prawa oceniać wiary drugiego człowieka, bo nie wiem ile zostało mu dane. Jak mówi Pismo, wymagania zależne są od daru (wiary, poznania, charyzmatu).

Pomyślmy też, co może młodemu człowiekowi dać życie zgodne z moralnością chrześcijańską, poznanie chrystianizmu nie poprzez bełkot nie zawsze mądrego proboszcza, tylko w bezpośrednim kontakcie z wierzącymi. W mojej formacji duchowej harcerstwo odegrało gigantyczną rolę i cieszę się, że byłem harcerzem mimo, że byłem ateistą.

 

Dlatego nie widzę potrzeby zmiany treści Przyrzeczenia Harcerskiego, a nawet przywróciłbym Boga do Prawa. Jeśli ktoś dostaje szału na samo hasło „Bóg”, to on ma problem z tolerancją, a nie my, rozumiejący Boga w harcerstwie szeroko. Usunięcie Boga zawęża harcerstwo, a pozostawienie samej służby Polsce prowadzić może do patologii nacjonalizmu z patriotyzmem nie mającego nic wspólnego.

Zestawienie razem Boga i Polski oraz bliźnich w Prawie i Przyrzeczeniu umiejscawia mnie we właściwym miejscu na świecie. Bóg umożliwia mi wyjście ze służbą poza ciasno rozumiany naród i państwo, chroniąc przed presją totalitaryzmu. Skoro służę Bogu, to w imię Jego praw wolno mi odmówić wykonania czynności sprzecznej z Przykazaniem. Jeśli służę tylko Polsce, to działanie w jej imieniu i jej interesie nie ma żadnym ram moralnych. Komendant Berezy Kartuskiej, generał Kostek-Biernacki, służył gorliwie Polsce, ale ze służbą Bogu jego czyny nie mają nic wspólnego (był satanistą) i przeszedł do historii jako uosobienie wszystkiego, co było złe w rządach Piłsudskiego.

 


Czy uważa druh, że można nie wierzyć (być ateistą)? 

Jest to zarówno możliwe, jak i nie zakazane.


Czy słyszał druh o ekumeniźmie i co druh sądzi o tym? 

Ekumenizm zainicjowany został przez Kościoły Ewangelickie i w tym środowisku rozwija się najlepiej. Luteranie, kalwiniści i metodyści związani są wspólnotą Stołu i Ołtarza, czyli wzajemnie uznają ważność zarówno swojej nauki, jak i obrzędów z zachowaniem odrębności organizacyjnej. Wynika to z ewangelickiej eklezjologii, która rozróżnia Kościół Chrystusowy – niewidzialny, nie mający struktur organizacyjnych, do którego należą wszyscy zbawieni bez względu na wyznanie oraz Kościoły ziemskie, widzialne, czyli organizacje religijne podlegające wszystkim prawom społecznym na równi z ZHP.

Luter ujął to w zasadzie: Kościół jest tam, gdzie Prawda. Nie jest zaś tak, że Prawda jest tam, gdzie Kościół. Dlatego każdą wspólnotę głoszącą Prawdę o Chrystusie i Odkupieniu traktujemy na równi jako bratnią wspólnotę, nie rozróżniając na słusznych i niesłusznych, prawdziwych i nieprawdziwych, czy odłączonych i podłączonych.


 Czy druh myślał kiedykolwiek o zmianie wiary/wyznania? 

Człowiek, który nie weryfikował nigdy podjętych wyborów dowodzi własnej bezmyślności. To oczywiste, że co jakiś czas robimy bilans zysków i strat i podejmujemy decyzję, czy dalej idziemy obranym kursem, czy dokonujemy zmiany. To kieruje nas do kolejnych wyborów i decyzji. Ważne, żeby decyzja o zmianie nie wynikała z chwilowego nastroju lub trudności osobistych, lecz by wypływała z głębi sumienia.


Jak już powiedziałem: Kościół jest tam, gdzie Prawda. Jeśli stanie się tak, że Kościół Ewangelicki odejdzie od Prawdy, to ja chcąc być wiernym Prawdzie, będę musiał odejść z Kościoła. Jeśli stanie się tak, że dostrzegę pełnię Prawdy w Kościele Rzymsko-Katolickim, też – chcąc być wiernym sumieniu – będę musiał zrobić krok w tamtą stronę.

Wyznanie nie może nas zamykać ani na Boga, ani człowieka. Ma nas otwierać i prowadzić. Jeśli zamyka, staje się sektą niszczącą osobowość jednostki.


Pewnym naturalnym etapem rozwoju duchowego chrześcijanina jest przekroczenie granicy szowinizmu konfesyjnego i stanięcie w pełni Prawdy jako uczeń Chrystusa nie mający względu na to, skąd kto idzie, ale patrzący na to, dokąd kto podąża. Pod Krzyż idzie się z różnych stron. Pozornie wygląda to tak, jakbyśmy szli przeciw sobie, a przecież spotykamy się w Jednym Miejscu.

  

rozmawiała

sam. Paulina Gwóźdź  22 KDH „WAWER”.


***

Wywiad w ramach próby stopnia harcerskiego przeprowadziła druhna z Katowic. Miała w planie próby, że w ramach zapoznawania się z innymi wyznaniami przeprowadzi wywiad z „innym”. No i wyszło to, co wyszło. :)


  • RSS