Kryzys kontrolowany ciąg dalszy

Dodano 21 listopada 2014, w polityka, Polska, społeczeństwo, służby specjalne, przez Wędrowiec
19 Flares Twitter 0 Facebook 19 19 Flares ×

Wczorajsze wdarcie się demonstrantów do siedziby Państwowej Komisji Wyborczej wpisuje się w scenariusz kryzysu kontrolowanego.

Zsumujmy:

  1. Pod siedzibą PKW zbiera się spora grupa osób oburzonych tym, co dzieje się z wynikami wyborów.
  2. Informacje o demonstracji kolportowane są przez media społecznościowe od dwóch dni.
  3. Na miejscu prawie nie ma Policji (na analogicznym proteście w Krakowie jest pełna obstawa policyjna), nie wzmocniono też ochrony budynku.

    – Z informacji, jakimi dysponujemy, wynika, że osoby, które jako pierwsze weszły do budynku, zrobiły to na zaproszenie przedstawicieli PKW. Policja do chwili obecnej nie była proszona o jakąkolwiek interwencję w stosunku do konkretnych osób. Jesteśmy na miejscu wyłącznie dlatego, żeby zapewnić bezpieczeństwo osobom zgromadzonym. Dbamy też o to, aby nie doszło do naruszenia porządku, a także żeby nie miała miejsca sytuacja, która będzie niepotrzebnie eskalować jakikolwiek konflikt – powiedział rzecznik komendanta stołecznego policji st. asp. Mariusz Mrozek.

  4. Demonstranci przez nikogo nie niepokojeni weszli do budynku i zajęli część pomieszczeń i postawili żądania, z których część jest dość kuriozalna (jak np. żądanie zaprzestania liczenia głosów), a inne całkiem słuszne (dymisja PKW i powtórzenie wyborów).
  5. W internecie pojawiają się wezwania do udzielenia pomocy okupującym i ruszenia na PKW.
  6. Natychmiast po rozpoczęciu protestu Klub parlamentarny PiS wydaje oświadczenie, w którym odcina się od tego wydarzenia.
  7. 10405365_984925481523637_3834724030486115514_nKrótko po północy Policja wyprowadziła protestujących i zatrzymała 12 osób, w tym dziennikarzy. Postawiono im absurdalny zarzut „naruszenia miru domowego”. Niejako z definicji, pojęcie to przysługuje jednak lokalom prywatnym, a nie instytucji publicznej. Przed sądem zarzut taki nie powinien się utrzymać.

1493231_575249762606582_3165772307480506101_n

Czytając to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z teatrzykiem, z próbą sprowokowania społeczeństwa do masowych wystąpień i zrobienia „polskiego Majdanu”.  Jednocześnie pompuje się na „prawdziwą”, radykalną opozycję takie persony, jak Janusz Korwin-Mikke, znany z otwartego popierania agresywnych działań prezydenta Rosji. W ogóle, cała akcja jest dziełem ugrupowań co najmniej niszowych: Demokracji Bezpośredniej, KNP, czy Ruchu Narodowego. Oczywiście, jest możliwe, że ewidentnie podpompowany wynik PSL był skutkiem obcięcia głosów głównie tym ugrupowaniom. Ale nawet gdyby oddać im „utracone” głosy, to i tak nie wygrałyby. Swoistym kuriozum była obecność, a wręcz aktywne przewodzenie inicjatywie, reżysera Grzegorza Brauna i dziennikarki Ewy Stankiewicz dotąd kojarzonej raczej z „pisowskim Stowarzyszeniem „Solidarni 2010″.
O co więc chodzi?

Zacznę od tego, że moim zdaniem wydarzenia nie są rozgrywane według jednego scenariusza, ani przez jeden ośrodek.
Przyjmijmy, że rzeczywiście wybory samorządowe miały być „skorygowane” pod konkretny wynik. Dużo faktów sugeruje, że wobec totalnej niepopularności PO i rosnącego poparcia dla PiS, zamierzano podpompować PSL, co zapewniłoby trwanie koalicji i umożliwiło dalsze działanie tej partii, której popularność opiera się wyłącznie na rozdawaniu stanowisk. Świadczyć o tym może chociażby „falstart” z ogłoszeniem przez PKW wyników (zresztą, zgodnych z oficjalnymi) w województwie świętokrzyskim, zanim komisja z Kielc w ogóle policzyła głosy, czy pokrywanie się miejsc, gdzie padł wysoki wynik dla PSL z rejonami, gdzie szczególnie dużo głosów okazywało się nieważnych.

10428475_366179940222167_3924539150241127810_n

 

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2014-11-21 141443.bmp

Cała sprawa sypie się z dwóch powodów:
- pojawienia się na mapie wyborczej ruchów miejskich, które poparła spora część dotychczasowych „lemingów”, które nagle, będąc po „niewłaściwej stronie mocy” zobaczyły rzeczywistość poza Matrixem,
- zdetonowania afery z elektronicznym systemem liczenia głosów, do którego mógł się zalogować każdy i dokonać dowolnych zmian.

Oba elementy stają się katalizatorem, w wyniku którego mówi się coraz otwarciej i głośniej o przynajmniej manipulacji wyborczej. 

Qui prodest?

O ile drugi czynnik, czyli zdetonowanie afery z systemem, był zrealizowany celowo i świadomie, o tyle pierwszy zaistniał niejako przy okazji kreowania „opozycji miejskiej”, którą od jakiegoś czasu pompuje środowisko Gazety Wyborczej, widząc erozję poparcia dla PO w miastach. Można powiedzieć, że to wypadek przy pracy.
Tak, czy inaczej, efektem jest początek rozpadania się Matrixa w leminżych umysłach, czego skutkiem są nawet otwarte utarczki słowne z nowo wybranymi radnymi z ramienia dotąd popieranej partii. Wczorajsi reprezentanci dziś są uosobieniem patologii.  Początek nie jest, oczywiście, końcem.
Ujawnionych nieprawidłowości nie jest więcej, niż było w czasie poprzednich wyborów, ale wspomniane czynniki wzmocniły siłę informacji o tych, które stwierdzono. W efekcie jesteśmy zasypani newsami o żenadzie ćwierćwiecza.

Efektem jest też uświadomienie sobie skali słabości i niewydolności systemu państwowego, któremu ktokolwiek jest w stanie wcisnąć za pół miliona złotych nic nie warte oprogramowanie i nikt nie poniesie za to odpowiedzialności. Od razu ciśnie się pytanie o rolę Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która zareagowała dopiero po ujawnieniu włamania na serwer internetowy PKW. W dodatku była to reakcja żenująca. Zadaniem Agencji nie jest dawać zalecenia, które może dać pierwszy lepszy administrator sieci, ale zabezpieczyć tak newralgiczny element systemu państwa przed taką możliwością. A w kwestii programu Kalkulator1 niczego takiego ABW nie zrobiła.
Do tego wszystkiego, wyraźnie podpompowanie wyniku PSL rzuca na to ugrupowanie cień zarzutu o świadome sfałszowanie wyborów, choć wcale PSL jako taka, a raczej jej szefostwo, nie musiała nawet wiedzieć, że taki manewr będzie miał miejsce. Przylepienie raz łatki oszustów rzuca tę partię na kolana wobec ewentualnego koalicjanta i pozwala w przyszłości wykorzystać ten fakt w walce wyborczej.

Całe zamieszanie najmocniej uderza zatem przede wszystkim w partie rządzące. To na nie spada odium zarzutów o niekompetencję, oszustwo, fałszerstwa itp oraz podważa legalność wyboru sprawujących władzę. I niczego nie zmieniają tu rytualne zaklęcia Prezydenta, a przeciwnie, mogą tylko fatalne wrażenie pogorszyć. Tym samym PiS jawi się jako ugrupowanie, którego wcześniejsze ostrzeżenia o słabości państwa były słuszne, jako partia w istocie legalistyczna, przeciwna wyborczym hucpom. Wzmacnia to żądanie powtórzenia wyborów: oto faktyczny zwycięzca rezygnuje z sukcesu na rzecz uczciwości. Tylko małe cwaniaczki mogą nie doceniać tego gestu.
I nie ma zupełnie znaczenia, jaka jest rzeczywistość, bo w mediokracji liczy się opinia społeczna, a nie obiektywne fakty.

Zaczyna się dyskusja o możliwości powtórzenia wyborów, co popierają osoby z różnych opcji, jak Leszek Miller z  SLD, , czy bezpartyjny Paweł Kukiz. I nagle w tę dyskusję wbija się grupka pod wodzą Grzegorza Brauna, która dokonuje czynu na pograniczu terroryzmu. Z optyki pisowskiej grupę tę uwiarygadnia Ewa Stankiewicz, związana przecież z PiS i sprawą Smoleńską. Akt raczej komiczny, niż dramatyczny pozwolił jednak odwrócić narrację i o działanie RN, DB i KPN oskarżyć… PiS i Jarosława Kaczyńskiego.

Monika Olejnik od razu zaprosiła do swojego studia Premier Ewę Kopacz. I rozpoczęła swój monolog na temat wczorajszego incydentu, insynuując że za wszystko odpowiada … PiS, a w szczególności Jarosław Kaczyński…

Zatem qui prodest?

W moim przekonaniu mamy cały czas do czynienia z kryzysem kontrolowanym, ale myliłby się ktoś, kto by sądził, że możemy mówić o jednym „ośrodku kierującym”. Zupełnie kto inny wypromował ruchy miejskie. Kto inny zdetonował aferę z systemem liczenia głosów i kto inny był inspiratorem okupacji PKW.  Każdy z graczy liczył też na inny wynik, choć synergia ich działań prowadzi do całkiem nieprzewidywalnych wyników.

Czy ktoś to mimo wszystko kontroluje? Tak. Głównym demiurgiem cały czas pozostaje sprawca wybuchu całej afery. Bo to on wybrał czas i miejsce. Atak na PKW to nieudolna w istocie próba przejęcia inicjatywy przez ośrodek, któremu na rękę byłoby wykreowanie „opozycji” prokremlowskiej i skompromitowanie opcji „atlantyckiej”. Próba nieudolna, komiczna i nieefektywna.

Na koniec cytat z dzisiejszego artykułu Łukasza Warzechy:

Gdybyśmy żyli w czasach cesarstwa rosyjskiego, bez wahania postawiłbym spore pieniądze na to, że inicjatorzy okupacji siedziby PKW (zakończonej w nocy z czwartku na piątek interwencją policji) to właśnie typowi agenci ochrany, realizujący w gruncie rzeczy scenariusz zamówiony przez swoich mocodawców z carskiego rządu. I to realizujący go w ścisłej z tym rządem koordynacji,  bo przecież nie przez przypadek wtargnięcie demonstrantów do siedziby komisji zostało ułatwione przez bierność policji i brak ochrony.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
19 Flares Twitter 0 Facebook 19 19 Flares ×