Kryształ Gwiazd – powrót

Dodano 28 listopada 2014, w Kryształ Gwiazd, Pisanina, przez Wędrowiec

Po dwuletniej, jak obliczyła koleżanka, przerwie powróciłem do „Kryształu Gwiazd”. Przeczytałem od nowa, naniosłem drobne poprawki. Między innymi zmieniłem kilka imion i usunąłem zbyt nachalne odniesienia do serii „Heroes of the Might and Magic” oraz „Might and Magic”.

I wiecie co? To naprawdę się fajnie czyta. :-) 

Otagowane:  

Kryzys kontrolowany – kontekst

Dodano 26 listopada 2014, w Bez kategorii, polityka, Polska, służby specjalne, przez Wędrowiec

Pora na krótki komentarz umiejscawiający całą awanturę w konkretnym kontekście geopolitycznym.

Zacznijmy od konstatacji, że w polskiej polityce ścierają się trzy główne opcje: atlantycka (USA, UK), Europejska (Niemcy, Francja) i rosyjska. I nie, nie mam tu na myśli agentur, zdrajców i pieczeniarzy, choć bynajmniej istnienie i działanie agentury nie jest tu wykluczone, ale to, z którym z głównych graczy międzynarodowych najbardziej „po drodze” jest poszczególnym obozom politycznym w Polsce. Jak napisałem, nie jest wykluczone ani to, że część z tych polityków jest z zewnątrz lepiej lub gorzej opłacana, ani to, że wpływ na nich mają agentury głównych graczy.

Opcję atlantycką reprezentuje przede wszystkim PiS i Jarosław Kaczyński, ale też część SLD (np. Leszek Miller), zaś w PO jej eksponentem do jakiegoś momentu był np. Radosław Sikorski.

Opcja europejska to cała praktycznie dawna Unia Wolności (Mumia Wolności), choć Janusz Onyszkiewicz i jego Klub Atlantycki raczej szedł w stronę atlantycką, a przede wszystkim dawny Kongres Liberalno-Demokratyczny, powstały za pieniądze CDU - czyli zasadniczo trzon polityczny partii rządzącej. Wystarczy zobaczyć, kto dostaje wysokie nagrody od niemieckich fundacji, żeby zorientować się, kto „gra na Niemcy”.

Opcja rosyjska z kolei eksponowana jest przede wszystkim przez „ośrodek prezydencki”, większość SLD, dawne WSI oraz PSL (kwestia ultraszkodliwych dla Polski i korzystnych dla Gazpromu umów gazowych). Ostatnio do tej opcji zapisał się także Janusz Korwin-Mikke, a tradycyjnie naiwny stosunek do Rosji wykazuje część Ruchu Narodowego i różnych nie kanap nawet, tylko kanapek typu Klub Zachowawczo-Monarchistyczny.

I od razu zastrzegę, że istnienie takich opcji jest w polityce normalne i występuje w każdym kraju, także w Niemczech, gdzie ścierają się podobne opcje (atlantycka, europejska i rosyjska). Co więcej, każdy normalny kraj buduje w innych państwach swoją „agenturę” wpływu pozwalającą mu uzyskiwać korzystne dla siebie rozstrzygnięcia w tamtejszych kręgach politycznych. III RP też takie coś miała, zanim postanowiła prowadzić politykę ciężkich frajerów, dzięki tym „ośrodkom wpływu” zostaliśmy m.in. przyjęci do NATO, czy też wzięliśmy udział w konferencji na temat zjednoczenia Niemiec (tak, lemingi, Polska kiedyś liczyła się na tyle, że została zaproszona do udziału w konferencji mocarstw).

Jak sytuacja międzynarodowa odbija się na naszych rozgrywkach wewnętrznych?

Od 2007 roku, od ogłoszenia przez Obamę „resetu” w relacjach z Rosją wszystkie trzy opcje miały w Polsce wspólne interesy. Każda z nich zainteresowana była niezadrażnianiem relacji polsko-europejskich i polsko-rosyjskich. Stąd np. ewakuowanie Radka Sikorskiego z PiS do bardziej wygodnego w tym momencie PO.
Jeśli uwzględnić, że za rządów Gerharda Schroedera – ewidentnego agenta wpływu Rosji – Niemcy szczególnie mocno powiązali się gospodarczo z Rosją na tyle, że w 2008 przełknęli gładko zabójstwo niemieckich turystów przez Rosjan podczas wojny w Gruzji. Im zatem też zaognianie relacji polsko-rosyjskich nie było na rękę.
Relacje polsko-rosyjskie jak zwykle (i długo tak będzie) wyznaczało rosyjskie przekonanie, że Polska, to tymczasowo uznana za niepodległą zbuntowana prowincja.

Taki stan rzeczy trwał, pomimo różnych zachwiań, perturbacji i niejawnych konfliktów dość długo, choć ostatnio w Syrii okazało się, że jednak Europa walczy z Rosją, ale za pomocą sił specjalnych i wywiadów.
Wszystko zmieniło się wraz z „kryzysem ukraińskim”, którego początkiem była próba wyrwania Putinowi kontroli nad Ukrainą, jako z jednej strony zemsta za porażkę Zachodu w Syrii, a z drugiej jako forma szantażu, żeby był grzeczny i nie dogadywał się z Chinami, to może pozwolą mu zachować jakąś formę wpływów w Kijowie. Zachód przelicytował, nie biorąc pod uwagę, że utrata „ruskich ziem” stawia Putina „pod ścianą” i że nie może on na taką zniewagę zareagować inaczej, niż twardą obroną „integralnej części Rusi”. Wola samych Ukraińców nie ma tu większego znaczenia.

Uwzględniwszy, że Obama jest pod presją nadchodzących wyborów prezydenckich (on nie może startować, ale Demokraci chcieliby zachować ten urząd), a wynik niedawnych wyborów senackich nie napawa go optymizmem, nietrudno zauważyć, że drogi USA i Europy oraz Rosji coraz bardziej się rozchodzą. Symptomatyczna jest ostateczna odmowa przekazania przez Francję rosyjskiej flocie pierwszego z wyprodukowanych Mistrali.

Jak to rzutuje na naszą sytuację? Środowiska do tej pory dość zgodnie współdziałające na terenie Polski również zaczynają realizować sprzeczne interesy. Dla USA najwygodniejszym byłby w Polsce rząd dający gwarancję lojalności względem Waszyngtonu. Oznacza to, że rząd wspierany z Berlina to dla Stanów obecnie za mało, bo Niemcy okazały się mało wiarygodnym sojusznikiem. Berlin, oczywiście, chciałby zachować kontrolę nad tym, co dzieje się nad Wisłą, zaś Rosja, z oczywistych powodów,  chciałaby swoje wpływy rozciągnąć.

Oczywiście, dla Berlina większym celem jest wyeliminowanie z gry w Polsce USA, stąd ciągły sojusz z promoskiewskim PSLem i tolerowanie „ośrodka prezydenckiego”, ale w dalszej perspektywie może to ulec zmianie. Szczególnie, że niedawno na Węgrzech Stany pokazały, że potrafią niesfornych sojuszników przywołać do porządku i wymusiły zmianę tonu Orbana w sprawie Ukrainy, mimo że Węgry uniezależniły się od międzynarodowych instytucji finansowych. Podobnie stało się w Pradze. Jest więc możliwe, że wkrótce podobny nacisk zostanie wywarty na Polskę, czy nawet Niemcy. Szczególnie, że wszystkie sondaże mówią o wzrastającym poparciu polskiego społeczeństwa dla opcji atlantyckiej, zdecydowanej słabości opcji rosyjskiej i słabnącym poparciu dla stronników Berlina.

Uwzględniając dynamikę sytuacji, realnym jest zagrożenie, że opcja moskiewska już podczas wyborów prezydenckich znajdzie się w osamotnieniu. Oczywiście, jeśli znowu dojdzie do sojuszu opcji rosyjskiej i europejskiej, jak w 2007 roku, to Bronisław Komorowski raczej wybory prezydenckie wygra. Opcja atlantycka w pojedynkę nie będzie w stanie im się przeciwstawić. Co jednak, jeśli rozejście się Niemiec i Rosji spowoduje, że Platforma wystawi zupełnie inną osobę tak, by wykluczyć wpływ Rosji na sytuację w Polsce. Już w 2010 roku wystawiając Bronisława Komorowskiego, zamiast przewidywanego wcześniej Donalda Tuska, w wyborach na Prezydenta RP, opcja niemiecka w Platformie zredukowała opcję rosyjską do roli „strażnika żyrandola”, ogrywając tym samym niedawnego sojusznika. „Ośrodek prezydencki” na pewno to pamięta i woli przygotować się na sytuację, gdy przestanie być potrzebny.

I właśnie dlatego Bronisław Komorowski i jego kamaryla potrzebują oderwać się od politycznej bazy rozszerzając jednocześnie swoją bazę społeczną. Doprowadzić do stanu, w którym kolejne pięć lat rządów nie będzie zależało ani od aktualnego poparcia dla poszczególnych partii politycznych, ani od relacji między poszczególnymi opcjami.

I temu służył kryzys kontrolowany.

Kryzys kontrolowany – bilans

Dodano 25 listopada 2014, w polityka, Polska, społeczeństwo, służby specjalne, przez Wędrowiec

Jaki mamy krajobraz po wyborczosamorządowym zamieszaniu? Cóż… bardzo ciekawy. Oczywiście, główne siły w Polsce okopały się na swoich pozycjach. Jedni krzyczą o fałszerstwie, drudzy odpowiadają, że kwestionowanie wyniku to podpalanie Polski. Zasadniczo nihil novi.

Jest jednak pewna zmiana. Otóż z chóru potępiającego „warchołów i podpalaczy”, domagających się wiarygodnych wyborów, wyłamał się Prezydent RP Bronisław Komorowski. Oczywiście, jego retoryka jest nadal antypisowska, ale jednocześnie:

  • nie kwestionuje on, że do nieprawidłowości jednak doszło,
  • bez komentarza przyjmuje dymisje całej PKW,
  • mówi wprost o wprowadzeniu nowego prawa wyborczego,
  • konsultuje z prawnikami metody zaradzenia takiej sytuacji na przyszłość,
  • zapowiada konsultacje z partiami politycznymi,
  • zakreśla akceptowalne z jego strony formy negacji wyniku wyborczego.

Całość brzmi jak w klasycznej komunistycznej nowomowie „nic się nie stało, ale wyciągniemy z tego wnioski na przyszłość”. Oczywiście, gdy mnie wybierzecie po raz drugi, bo przecież do maja nie zdążymy dokonać zmian w prawie (narzucony przez TK warunek, że zmiany w prawie wyborczym nie mogą wejść w życie później, niż na pół roku przed wyborami), ho ho ho ho!

W ogóle, działania Prezydenta sprawiają wrażenie, jakby tylko on zachował w całym tym zamieszaniu zimną krew lub… jakby tylko on był na nie gotowy?
Czy zatem wyborczy kryzys kontrolowany został odpalony z inspiracji środowiska prezydenckiego?

Nie ulega wątpliwości, że obóz rządzący ulega postępującej erozji. Przejawem tego jest nie tylko wynik wyborów, w których PO utraciła sporo województw (nawet jeśli dzięki koalicji z PSL będą tam rządzili dalej, to i tak najsilniejszą partią będzie PiS, a to oznacza koniec wszechwładzy i konieczność liczenia się z opozycją).

Symptomem znacznie poważniejszym jest rozwój ruchów miejskich, stanowiących szansę powstrzymania odpływu poparcia do PiS. Symptomatyczne jest tu „miasteczko Wilanów”, które jeszcze niedawno było twierdzą PO. I nie mówię tu o żadnym „spisku”. Mówię o zjawisku odpływu wyborców od partii rządzącej i to odpływie radykalnym. Ci ludzie nie akceptują PiSu, ale z PO już im też nie po drodze.

Co będzie za pół roku? Sondaże CBOS można sobie wsadzić w buty. To agencja rządowa, mająca kreować wizerunek władzy za pomocą socjotechniki. Wystawienie przez PiS Andrzeja Dudy jako kandydata na Prezydenta jest dla Bronisława Komorowskiego naprawdę poważnym problemem. Młody, dynamiczny prawnik z doświadczeniem zarówno w administracji, jak i Trybunale Stanu oraz parlamencie krajowym i europejskim, a nawet w samorządzie, podobnie jak B. Komorowski wywodzący się z harcerstwa, jest człowiekiem, o którym na pewno nie można powiedzieć, że nie jest fachowcem. Jego życiorys jest wręcz wzorcowy dla człowieka ubiegającego się o taki urząd. Zbieżność nazwisk z liderem „Solidarności” Piotrem Dudą może dać mu także głosy związkowców upatrujących w nim gwaranta obrony interesów pracowniczych i związkowych.

W tej sytuacji zagrożenie, że w maju przyszłego roku Bronisława Komorowskiego zastąpi w Pałacu Prezydenckim Andrzej Duda, jest realne i poważne.

Co może zrobić „ośrodek prezydencki”? Ano uciec do przodu. Przedstawić Bronisława Komorowskiego jako gwaranta stabilności państwa w sytuacji zakłócenia jego funkcjonowania. Jako tego, który rozumie problemy, jakie się pojawiły, ale rozwiąże je w sposób gwarantujący stabilizację. Bronisław Komorowski będzie zatem kreowany na statecznego męża stanu, który z jednej strony naprawi wadliwy system, a z drugiej nie dopuści, by „ludzie żerujący na słabości państwa” doprowadzili do „rozstrzygnięć ulicznych”. A to wszystko w pseudodemokratycznej retoryce, że rzekomo demonstracje uliczne są sprzeczne z zasadami demokracji (z zasadami „demokracji ludowej” owszem, w normalnej demokracji są standardem).
Dzięki temu Bronisław Komorowski odcina się od swojej, słabnącej i dającej coraz mniejsze szanse na reelekcję, bazy partyjnej, a poszerza bazę społeczną odwołując się do powszechnej wśród Polaków potrzeby świętego spokoju. Obietnicę „ciepłej wody w kranie” w retoryce „ośrodka prezydenckiego” zastępuje właśnie „obietnica świętego spokoju”, którego gwarantem ma być Bronisław Komorowski.

W tym celu „ośrodek prezydencki” odpala kryzys wyborczy, wywołując zamieszanie na scenie politycznej. Zamieszanie, w którym tylko on wydaje się być ostoją spokoju i uczciwości. Zarówno rząd, jak i opozycja – ewidentnie zaskoczone sytuacją – lecą w retorykę konfrontacji, a tylko Prezydent zachowuje umiar i nawołuje do spokoju.

Mamy „trupa”, mamy „narzędzie zbrodni”, mamy motyw. Czy istniała możliwość?

Zauważmy, że prawie wszyscy główni aktorzy teatrzyku są powiązani z Prezydentem. Członków PKW mianuje Prezydent. Policję do PKW przeciw demonstrantom wezwała Kancelaria Prezydenta. Natomiast powiązania Bronisława Komorowskiego z dawnymi Wojskowymi Służbami Informacyjnymi są tajemnicą poliszynela. Szczególnie dziwi bezradność ABW wobec firmy Nabino, która tworzyła system informatyczny do liczenia głosów, nie mając żadnych certyfikatów bezpieczeństwa! Nie zauważono ani przetargu „szytego na miarę”, ani braku certyfikatów. Nie sprawdzono przed wyborami szczelności systemu, co przecież nawet laikom wydaje się oczywiste. Zupełnie tak, jakby Agencja dostała polecenie, że ma się tym nie zajmować…

Mamy więc „trupa”, mamy „narzędzie zbrodni”, mamy motyw, mamy sposobność. Jest sprawca.

A co opozycja? Opozycja, a szczególnie PiS, po raz kolejny dała się ograć jak małe dzieci i grzecznie odegrała zapisaną jej rolę. Teraz, po fakcie bulwersuje się, że przecież narracja, że problemem była awaria systemu informatycznego jest bzdurą, bo nie wyjaśnia to, czemu głosy liczono przez tydzień. Wskazuje, że opowieści, że trzeba było liczyć „ręcznie” są bzdurą, bo na poziomie komisji obwodowych zawsze liczy się ręcznie i dopiero te wyniki wprowadza do systemu.

I ma rację. Ale powstaje pytanie, gdzie opozycja była podczas wyborów? Co robili mężowie zaufania? Czemu po pierwszych sygnałach, że coś jest nie tak na poziomie komisji okręgowych, nie podjęto działań zaradczych?

Jeśli od czterech lat mówi się o fałszowaniu wyborów, jeśli wie się, że Kodeks Wyborczy został zmieniony w sposób uniemożliwiający skontrolowanie nieważnych głosów, co zrobiono, żeby temu zapobiec? Gdzie wyszkoleni mężowie zaufania? Gdzie społeczna straż wyborów, która niedopuściłaby do wożenia worków z kartami do głosowania taksówką bez policyjnej eskorty?
Lista zaniedbań i zaniechań ze strony opozycji jest tak długa, że aż dziwi naiwność jej członków. Trzeba naprawdę być ciężkim frajerem, żeby tak się podkładać.

Nadrzędną zasadą „szkoły krakowskiej” jest, że przeciwnik ma prawo być skurwysynem, ale ja nie mam prawa być frajerem. Jeśli po raz kolejny dałem się wydymać, to powinienem gruntownie przeanalizować własne postępowanie.

Kryzys kontrolowany – finał

Dodano 24 listopada 2014, w polityka, Polska, społeczeństwo, przez Wędrowiec

Kryzys związany z wyborami samorządowymi zakończył się. Panowie z Państwowej Komisji Wyborczej ogłosili wyniki (myląc się przy tym, co do rozkładu mandatów), a następnie podali się do dymisji, która mocy nabierze po drugiej turze wyborów.

Oczywiście, cały czas spływają informacje o „nieprawidłowościach” zaistniałych w trakcie wyborów, ale zasadnicza batalia już się rozegrała, a wraz z nią zakończył się kryzys wywołany „awarią” systemu informatycznego PKW.

Czy tym samym kończy się cała afera? Nie. Skutki kryzysu będą dawały się odczuwać jeszcze długo i kto wie, czy nie stanie się dla obecnego systemu tym, czym była „afera Rywina” dla rządów SLD? Przede wszystkim nastąpiło całkowite podcięcie zaufania społeczeństwa nie tylko do instytucji wyborów, ale i do całego systemu prawnego RP, który już wcześniej budził wątpliwości. Wyniki wyborów są w istocie sprzeczne z Konstytucją, bo jeśli Konstytucja gwarantuje wybory PROPORCJONALNE, to jakim cudem ten, który dostał mniej głosów, ma więcej mandatów?

10806272_572459089554237_4342149158791542416_n

Efektem jest z jednej strony radykalizacja postaw, a z drugiej zniechęcenie i brak wiary w zmianę sytuacji. Jedno i drugie jest groźne dla systemu i groźne dla państwa. Dla systemu dlatego, że zmniejszenie się liczby ludzi nastawionych krytycznie, ale lojalnie i praworządnie, wzmacnia tych, którzy będą skłonni podjąć działania radykalne. Jednocześnie sami zwolennicy opcji rządzącej, widząc, że za każdym razem ich partie odnoszą sukcesy, bez względu na to jak silna wydaje się opozycja, mogą któregoś dnia uznać, że nie muszą robić nic, żeby system utrzymać. Że utrzyma się on sam z siebie na zasadzie „deus ex machina”. Tymczasem nawet systemy tyrańskie muszą mieć jakieś poparcie społecznie. Paradoksalnie, im większa tyrania, tym do szerszych warstw społecznych musi się odwoływać.
Dla państwa  sytuacja jest groźna z tych samych powodów. Radykalizacja postaw może zdestabilizować państwo, a jednocześnie narastający marazm może zniszczyć i tak wątłe podstawy „społeczeństwa obywatelskiego”.

Co gorsza dla systemu, drążenie kwestii wiarygodności wyborów przez opozycję będzie powodowało trwałe erodowanie zaufania społecznego do opcji rządzącej i coraz bardziej trwałe przyleganie do niej, szczególnie do PSL, opinii fałszerzy. To w pewnej perspektywie, niekoniecznie w ciągu roku, zaowocuje ostatecznym i całkowitym upadkiem. Szczególnie, jeśli w czasie wyborów prezydenckich i parlamentarnych znowu dojdzie do „nieprawidłowości”.

Czy taki był cel wywołania tego kryzysu kontrolowanego? Może. Na pewno jego plusem jest to, że o potrzebie przeanalizowania przyczyn dziwnego rozkładu głosów nieważnych zaczęli mówić naukowcy (a nawet Prezydent RP), a o potrzebie zmiany prawa wyborczego, politycy i sędziowie.

Natomiast – tzw. klasa polityczna, plus instytucje społeczeństwa obywatelskiego, powinny teraz dołożyć wszelkich starań, by jak najszybciej wyeliminować systemowe patologie, które doprowadziły do obecnego kryzysu.
Z jednej strony – przerobić ordynację wyborczą tak, by była czytelniejsza i bardziej wiązała głos wyborcy z rezultatem wyborów. Ponadto – przeprojektować system głosowania, by ograniczyć możliwości błędów i fałszerstw do minimum.
Z drugiej strony – filozofia działania państwa musi ulec zmianie. Rząd (i samorząd) powinien odpuścić sobie te sfery, w których zgodnie z chrześcijańską zasadą pomocniczości oraz liberalną państwa minimum nie jest niezbędne angażowanie środków publicznych. Za to tam, gdzie władza publiczna swoją rolę musi odgrywać (np. organizacja wyborów) należy nie robić drobnych oszczędności i nie upychać na stołki zblazowanych totumfackich. Zmiana prawa zamówień publicznych winna być jedną z tego konsekwencji…

Kryzys kontrolowany ciąg dalszy

Dodano 21 listopada 2014, w polityka, Polska, społeczeństwo, służby specjalne, przez Wędrowiec

Wczorajsze wdarcie się demonstrantów do siedziby Państwowej Komisji Wyborczej wpisuje się w scenariusz kryzysu kontrolowanego.

Zsumujmy:

  1. Pod siedzibą PKW zbiera się spora grupa osób oburzonych tym, co dzieje się z wynikami wyborów.
  2. Informacje o demonstracji kolportowane są przez media społecznościowe od dwóch dni.
  3. Na miejscu prawie nie ma Policji (na analogicznym proteście w Krakowie jest pełna obstawa policyjna), nie wzmocniono też ochrony budynku.

    – Z informacji, jakimi dysponujemy, wynika, że osoby, które jako pierwsze weszły do budynku, zrobiły to na zaproszenie przedstawicieli PKW. Policja do chwili obecnej nie była proszona o jakąkolwiek interwencję w stosunku do konkretnych osób. Jesteśmy na miejscu wyłącznie dlatego, żeby zapewnić bezpieczeństwo osobom zgromadzonym. Dbamy też o to, aby nie doszło do naruszenia porządku, a także żeby nie miała miejsca sytuacja, która będzie niepotrzebnie eskalować jakikolwiek konflikt – powiedział rzecznik komendanta stołecznego policji st. asp. Mariusz Mrozek.

  4. Demonstranci przez nikogo nie niepokojeni weszli do budynku i zajęli część pomieszczeń i postawili żądania, z których część jest dość kuriozalna (jak np. żądanie zaprzestania liczenia głosów), a inne całkiem słuszne (dymisja PKW i powtórzenie wyborów).
  5. W internecie pojawiają się wezwania do udzielenia pomocy okupującym i ruszenia na PKW.
  6. Natychmiast po rozpoczęciu protestu Klub parlamentarny PiS wydaje oświadczenie, w którym odcina się od tego wydarzenia.
  7. 10405365_984925481523637_3834724030486115514_nKrótko po północy Policja wyprowadziła protestujących i zatrzymała 12 osób, w tym dziennikarzy. Postawiono im absurdalny zarzut „naruszenia miru domowego”. Niejako z definicji, pojęcie to przysługuje jednak lokalom prywatnym, a nie instytucji publicznej. Przed sądem zarzut taki nie powinien się utrzymać.

1493231_575249762606582_3165772307480506101_n

Czytając to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z teatrzykiem, z próbą sprowokowania społeczeństwa do masowych wystąpień i zrobienia „polskiego Majdanu”.  Jednocześnie pompuje się na „prawdziwą”, radykalną opozycję takie persony, jak Janusz Korwin-Mikke, znany z otwartego popierania agresywnych działań prezydenta Rosji. W ogóle, cała akcja jest dziełem ugrupowań co najmniej niszowych: Demokracji Bezpośredniej, KNP, czy Ruchu Narodowego. Oczywiście, jest możliwe, że ewidentnie podpompowany wynik PSL był skutkiem obcięcia głosów głównie tym ugrupowaniom. Ale nawet gdyby oddać im „utracone” głosy, to i tak nie wygrałyby. Swoistym kuriozum była obecność, a wręcz aktywne przewodzenie inicjatywie, reżysera Grzegorza Brauna i dziennikarki Ewy Stankiewicz dotąd kojarzonej raczej z „pisowskim Stowarzyszeniem „Solidarni 2010″.
O co więc chodzi?

Zacznę od tego, że moim zdaniem wydarzenia nie są rozgrywane według jednego scenariusza, ani przez jeden ośrodek.
Przyjmijmy, że rzeczywiście wybory samorządowe miały być „skorygowane” pod konkretny wynik. Dużo faktów sugeruje, że wobec totalnej niepopularności PO i rosnącego poparcia dla PiS, zamierzano podpompować PSL, co zapewniłoby trwanie koalicji i umożliwiło dalsze działanie tej partii, której popularność opiera się wyłącznie na rozdawaniu stanowisk. Świadczyć o tym może chociażby „falstart” z ogłoszeniem przez PKW wyników (zresztą, zgodnych z oficjalnymi) w województwie świętokrzyskim, zanim komisja z Kielc w ogóle policzyła głosy, czy pokrywanie się miejsc, gdzie padł wysoki wynik dla PSL z rejonami, gdzie szczególnie dużo głosów okazywało się nieważnych.

10428475_366179940222167_3924539150241127810_n

 

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2014-11-21 141443.bmp

Cała sprawa sypie się z dwóch powodów:
- pojawienia się na mapie wyborczej ruchów miejskich, które poparła spora część dotychczasowych „lemingów”, które nagle, będąc po „niewłaściwej stronie mocy” zobaczyły rzeczywistość poza Matrixem,
- zdetonowania afery z elektronicznym systemem liczenia głosów, do którego mógł się zalogować każdy i dokonać dowolnych zmian.

Oba elementy stają się katalizatorem, w wyniku którego mówi się coraz otwarciej i głośniej o przynajmniej manipulacji wyborczej. 

Qui prodest?

O ile drugi czynnik, czyli zdetonowanie afery z systemem, był zrealizowany celowo i świadomie, o tyle pierwszy zaistniał niejako przy okazji kreowania „opozycji miejskiej”, którą od jakiegoś czasu pompuje środowisko Gazety Wyborczej, widząc erozję poparcia dla PO w miastach. Można powiedzieć, że to wypadek przy pracy.
Tak, czy inaczej, efektem jest początek rozpadania się Matrixa w leminżych umysłach, czego skutkiem są nawet otwarte utarczki słowne z nowo wybranymi radnymi z ramienia dotąd popieranej partii. Wczorajsi reprezentanci dziś są uosobieniem patologii.  Początek nie jest, oczywiście, końcem.
Ujawnionych nieprawidłowości nie jest więcej, niż było w czasie poprzednich wyborów, ale wspomniane czynniki wzmocniły siłę informacji o tych, które stwierdzono. W efekcie jesteśmy zasypani newsami o żenadzie ćwierćwiecza.

Efektem jest też uświadomienie sobie skali słabości i niewydolności systemu państwowego, któremu ktokolwiek jest w stanie wcisnąć za pół miliona złotych nic nie warte oprogramowanie i nikt nie poniesie za to odpowiedzialności. Od razu ciśnie się pytanie o rolę Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która zareagowała dopiero po ujawnieniu włamania na serwer internetowy PKW. W dodatku była to reakcja żenująca. Zadaniem Agencji nie jest dawać zalecenia, które może dać pierwszy lepszy administrator sieci, ale zabezpieczyć tak newralgiczny element systemu państwa przed taką możliwością. A w kwestii programu Kalkulator1 niczego takiego ABW nie zrobiła.
Do tego wszystkiego, wyraźnie podpompowanie wyniku PSL rzuca na to ugrupowanie cień zarzutu o świadome sfałszowanie wyborów, choć wcale PSL jako taka, a raczej jej szefostwo, nie musiała nawet wiedzieć, że taki manewr będzie miał miejsce. Przylepienie raz łatki oszustów rzuca tę partię na kolana wobec ewentualnego koalicjanta i pozwala w przyszłości wykorzystać ten fakt w walce wyborczej.

Całe zamieszanie najmocniej uderza zatem przede wszystkim w partie rządzące. To na nie spada odium zarzutów o niekompetencję, oszustwo, fałszerstwa itp oraz podważa legalność wyboru sprawujących władzę. I niczego nie zmieniają tu rytualne zaklęcia Prezydenta, a przeciwnie, mogą tylko fatalne wrażenie pogorszyć. Tym samym PiS jawi się jako ugrupowanie, którego wcześniejsze ostrzeżenia o słabości państwa były słuszne, jako partia w istocie legalistyczna, przeciwna wyborczym hucpom. Wzmacnia to żądanie powtórzenia wyborów: oto faktyczny zwycięzca rezygnuje z sukcesu na rzecz uczciwości. Tylko małe cwaniaczki mogą nie doceniać tego gestu.
I nie ma zupełnie znaczenia, jaka jest rzeczywistość, bo w mediokracji liczy się opinia społeczna, a nie obiektywne fakty.

Zaczyna się dyskusja o możliwości powtórzenia wyborów, co popierają osoby z różnych opcji, jak Leszek Miller z  SLD, , czy bezpartyjny Paweł Kukiz. I nagle w tę dyskusję wbija się grupka pod wodzą Grzegorza Brauna, która dokonuje czynu na pograniczu terroryzmu. Z optyki pisowskiej grupę tę uwiarygadnia Ewa Stankiewicz, związana przecież z PiS i sprawą Smoleńską. Akt raczej komiczny, niż dramatyczny pozwolił jednak odwrócić narrację i o działanie RN, DB i KPN oskarżyć… PiS i Jarosława Kaczyńskiego.

Monika Olejnik od razu zaprosiła do swojego studia Premier Ewę Kopacz. I rozpoczęła swój monolog na temat wczorajszego incydentu, insynuując że za wszystko odpowiada … PiS, a w szczególności Jarosław Kaczyński…

Zatem qui prodest?

W moim przekonaniu mamy cały czas do czynienia z kryzysem kontrolowanym, ale myliłby się ktoś, kto by sądził, że możemy mówić o jednym „ośrodku kierującym”. Zupełnie kto inny wypromował ruchy miejskie. Kto inny zdetonował aferę z systemem liczenia głosów i kto inny był inspiratorem okupacji PKW.  Każdy z graczy liczył też na inny wynik, choć synergia ich działań prowadzi do całkiem nieprzewidywalnych wyników.

Czy ktoś to mimo wszystko kontroluje? Tak. Głównym demiurgiem cały czas pozostaje sprawca wybuchu całej afery. Bo to on wybrał czas i miejsce. Atak na PKW to nieudolna w istocie próba przejęcia inicjatywy przez ośrodek, któremu na rękę byłoby wykreowanie „opozycji” prokremlowskiej i skompromitowanie opcji „atlantyckiej”. Próba nieudolna, komiczna i nieefektywna.

Na koniec cytat z dzisiejszego artykułu Łukasza Warzechy:

Gdybyśmy żyli w czasach cesarstwa rosyjskiego, bez wahania postawiłbym spore pieniądze na to, że inicjatorzy okupacji siedziby PKW (zakończonej w nocy z czwartku na piątek interwencją policji) to właśnie typowi agenci ochrany, realizujący w gruncie rzeczy scenariusz zamówiony przez swoich mocodawców z carskiego rządu. I to realizujący go w ścisłej z tym rządem koordynacji,  bo przecież nie przez przypadek wtargnięcie demonstrantów do siedziby komisji zostało ułatwione przez bierność policji i brak ochrony.

Kryzys kontrolowany

Dodano 19 listopada 2014, w polityka, Polska, społeczeństwo, służby specjalne, przez Wędrowiec

Procedury działań pirotechnicznych są takie, że w przypadku zauważenia bezpańskiej torby, czy paczki w miejscu publicznym, po zabezpieczeniu terenu i upewnieniu się, że w środku znajduje się materiał wybuchowy, zawsze na końcu przeprowadza się neutralizację ładunku. Różną ma to formę, jeśli jednak nie ma innych możliwości, przeprowadza się po prostu eksplozję w warunkach kontrolowanych, czyli takich, które gwarantują najmniejsze możliwie straty.

zwiastun burzy3

Najprościej wygląda to tak, że ładunek wywozi się na specjalny poligon, gdzie zostaje zdetonowany w miejscu nie zagrażającym ludziom, zwierzętom, ani infrastrukturze.

Podobne działania przeprowadza się w innych dziedzinach życia. Szczepionki przeciw różnym chorobom to nic innego, jak kontrolowane zakażenie organizmu, którego celem jest przygotowanie systemu immunologicznego na prawdziwą infekcję.

W dziedzinie służb antykryzysowych również przeprowadza się swoiste „ćwiczenia” polegające na kontrolowanym przeprowadzeniu kryzysu choćby po to, żeby sprawdzić, jak zadziała system w warunkach prawdziwego zagrożenia i jakie luki są do naprawienia.

Służby specjalne…
Służby specjalne również znają pojęcie kryzysu kontrolowanego i stosują go. Najbardziej znanym kryzysem kontrolowanym w historii była Operacja „Walkiria” zapoczątkowana zamachem na Hitlera w Wilczym Szańcu w lipcu 1944 roku. Pozwoliła ona Himmlerowi zlikwidować ostatecznie opozycję w III Rzeszy i przejąć kontrolę nad wszystkimi aspektami funkcjonowania państwa niemieckiego. Także doprowadzenie do wybuchu Powstania Warszawskiego wygląda na próbę przeprowadzenia kryzysu kontrolowanego, którego celem ze strony niemieckiej miało być wymuszenie zmiany sojuszy i zawiązanie koalicji antysowieckiej z udziałem państw zachodnich i Polski (oczywiście, okrojonej).
Kryzysem kontrolowanym mogła być też (i moim zdaniem była) „afera podsłuchowa”.

10629683_823669991028733_6889658905759970035_n

Czy ten, cyrk, który widzimy od niedzieli, związany z wyborami samorządowymi jest kryzysem kontrolowanym?

Przyjmijmy, że KTOŚ mający wiedzę i możliwości, uzyskuje informacje, że wdrażany informatyczny system głosowania jest wadliwy i dziurawy, że bez problemu można za jego pomocą manipulować wynikami wyborów i żadne ruskie serwery do tego nie są potrzebne.
Załóżmy, że ten KTOŚ przekazał odpowiednie informacje wyżej, swoim przełożonym, ale tam zostały one zignorowane.
Załóżmy, że ten KTOŚ zdaje sobie sprawę z możliwych konsekwencji użycia tego systemu w przypadku wyborów prezydenckich i parlamentarnych i że na to się nie zgadza.

KTOŚ postanawia więc zdetonować tę bombę w sposób kontrolowany niszcząc w istocie wadliwy system i pokazując wszystkim co można z nim zrobić, jak można żonglować wynikami.

Skutki polityczne kryzysu są niewielkie, bo dotyczą tylko spraw lokalnych, nie rzutując na obronność, politykę zagraniczną, czy gospodarczą. Zgódźmy się, że kompetencje sejmików wojewódzkich są bardziej, niż symboliczne.

Jednocześnie jednak skutki społeczne są gigantyczne! Przecież oto cały świat widzi, że w Polsce sfałszowanie wyborów to żaden problem. Nagle o konieczności powtórzenia głosowania mówią nie tylko „oszołomy z PiSu”, ale nawet urzędujący minister Grabarczyk. Coś, co wcześniej uchodziło za przejaw frustracji, teraz staje się oczywistą oczywistością.

10635773_724611707593632_5796446996915000155_n

Sypie się tym samym cała narracja o stabilności politycznej kraju, sypie się (po raz kolejny) opowieść o paśmie sukcesów. Do świadomości najbardziej opornych zaczyna docierać rzeczywisty stan państwa i zrozumienie konieczności jego naprawy. Póki jeszcze jest na to czas.
Spisek? Niekoniecznie. Do przeprowadzenia takiej akcji nie trzeba wielu ludzi. Wystarczy dwóch-trzech, a nawet jeden. Byle dobrze ulokowany.

Czy tak jest w rzeczywistości? Nie wiem.
Co świadczy na rzecz takiej teorii? Po pierwsze, absurdalna wręcz ilość „błędów” i „nieprawidłowości” – prawdziwy fałszerz zrobiłby to jednak bardziej finezyjnie tak, by nie można było niczego udowodnić. Po drugie, moment – czemu w trakcie w sumie mało znaczących politycznie wyborów, które IMHO powinny być całkiem odpartyjnione? Po trzecie, cała historia z publicznym dostępem do kodu źródłowego programu do liczenia głosów sugeruje albo beznadziejną głupotę wykonawcy, albo działanie celowe. Zakładam, że za darmo nikt nie jest taki głupi.

Czy jest możliwy inny scenariusz? Owszem. Może to być celowe działanie służb ościennych mających na celu wywołanie w Polsce kryzysu politycznego właśnie w momencie, gdy Ukraina zażądała udziału Polski w rokowaniach na temat swojej przyszłości, a NATO informuje o koncentracji wojsk rosyjskich w Donbasie.

Ale jeśli tak, czemu teraz, a nie za ledwie pół roku, kiedy dojdzie do wyborów prezydenckich i taki kryzys miałby znacznie poważniejsze skutki?

Zwykłej głupoty i niekompetencji nie traktuję poważnie. Jak napisałem: nikt nie jest takim idiotą za darmo.

I na koniec warto przeczytać ten wywiad. Gość pośrednio potwierdza, że moja hipoteza może być prawdziwa.

Czy Polska jest sexy?

Dodano 14 listopada 2014, w patriotym, Polska, przez Wędrowiec

Tekst sprzed wielu lat,  ale moim zdaniem wciąż aktualny.

***

Takie pytanie zadał jakiś czas temu „Dziennik” wywołując ogólnonarodową dyskusję, w której wypowiedzieli się intelektualiści od lewa do prawa. Ilość wypisywanych w tych wypowiedziach debilizmów była szokująca. Dopiero głos Wojciecha Wentzla miał rozsądny charakter.
Najbardziej dla mnie zabawne były słowa jednego z autorów (nie pomnę już czyj), który raczył napisać, że rozumie wyjeżdżających z Polski cytując przy tym ich słowa:
- Popatrz wokół. Tu nic nie ma. Nic tu nie dostaniesz.

Słowa te obnażyły mentalność części wyjeżdżających, co zresztą mogę potwierdzić z autopsji. Zamiast samemu postarać się o pracę, zapracować na sukces, czekają oni aż im się da. Wyjeżdżają tam, gdzie – jak im się wydaje – wszystko jest dane. To właśnie tacy ludzie lądują we włoskich obozach pracy i na londyńskiej ulicy. Nie najbardziej aktywni, tylko właśnie najbardziej bierni, nastawieni roszczeniowo i oczekujący.

Dobrze jednak, że taka dyskusja się odbyła, bo pokazała, co myślą autorytety. Mam nadzieję, że zdroworozsądkowa większość społeczeństwa dokona dzięki temu selekcji naturalnej mędrków.

Z drugiej jednak strony „Dziennik” postawił złe pytanie. Określenie sexy odnosi się do intymnej sfery życia człowieka, do relacji w sferze nie tyle uczuciowej, co fizyczno-płciowej. Sexy to jest coś, co pociąga, czego się pożąda, co chciałoby się posiąść, a mówiąc wulgarnie…. wydymać.
W tym kontekście Polska może być sexy tylko dla politykierów i aferzystów, dążących do nieograniczonej władzy i rabujących Skarb Państwa. Polska dla nich jest sexy i dymają ją na okrągło.

Stefan Chwin podaje przykład francuskiej Marianny (symbol Republiki Francuskiej), która jest sexy (nawet na obrazach Delacroix odsłania biust) i którą można kochać od kołyski. No dobrze, ale stosunek Francuzów, a szczególnie nowych Francuzów, pochodzących z imigracji, jest do ich kraju właśnie taki: maksymalnie go wykorzystać. Marianna ma dawać na prawo i lewo każdemu, kto zażąda, a jak nie, to spalimy kilka samochodów. W postawie znacznej części obywateli Francji nie ma szacunku do ich kraju. Jest tylko żądanie. Dążenie do wydymania.

Sexy powinna być narzeczona, kochanka, w jakimś tam stopniu żona, ale przede wszystkim dziwka. Musi, bo musi wabić i kusić. Dwie pierwsze w celu złapania i utrzymania TEGO faceta. Ostatnia w celu sprzedania się jak największej liczbie klientów.
Tymczasem relacja między moim krajem, a mną nie odpowiada stosunkom z narzeczoną, kochanką, czy dziwką, a nawet żoną, ale raczej relacji z matką. Narzeczona, kochanka, żona i dziwka pochodzą z wyboru. Tymczasem matki się nie wybiera i tak samo nie wybiera się kraju urodzenia. Można wybrać kraj osiedlenia i pracy, ale nie kołyskę.

Matka nie musi być sexy. Jeśli ktoś patrzy na swoją matkę pod kątem, czy jest ona sexy, to powinien udać się na konsultacje do profesora Lwa-Starowicza. Oczywiście, fajnie jest mieć świadomość, że inni patrzą na nią z pożądaniem. Fajnie jest wiedzieć, że mama jest piękna. Ale nie to warunkuje mój stosunek do niej. Kocham moją matkę bez względu na to, czy jest piękna, wypielęgnowana i wystrzałowo ubrana, czy też stara, brzydka, śmierdzi i puszcza gazy. Mój stosunek do matki nie zależy od tego, czy mówi ona piękne i mądre rzeczy, czy bredzi sklerotycznie. Jest to moja matka i innej mieć nie będę.

Oczywiście, chciałbym, żeby moją matkę otaczano szacunkiem i żeby podobała się innym, żeby była sexy DLA INNYCH. Dlatego w ostatnich latach życia mojej matki kłóciłem się z nią często usiłując zatrzymać nieuchronny proces starzenia się i staczania w śmierć.

Dlatego zrozumiałe jest, że kochający Polskę jej synowie i córki czasem jej ostro nawrzucają za to, że o siebie nie dba, że szlaja się po salonach, gdzie nią pogardzają, że pozwala się traktować jak „biedna panna bez posagu”, mimo bogactwa jej kultury i tradycji. Ale mimo to, jak pan Chwin, nadal będą otaczać ją uczuciem i szacunkiem.

Polacy przypominają nastoletnich chłopców i dziewczynki, którzy dorastając nagle odkrywają, że mamusia nie jest najładniejsza, że nie wie wszystkiego, że czasem robi głupoty. Poznają inne kobiety. Czasem starsze, ale bardziej wypacykowane, czasem młodsze i piękniejsze. Zaczynają porównywać i krytykują. Krytykują jak nastolatek, który stwierdza, że jego starzy nic nie rozumieją.
Sexy jest dla nich Irlandia, czy Szkocja. Znacznie młodsze i bardziej zadbane od matki, a przecież tak bardzo do mamy podobne.

Problem nie w tym, czy Polska jest sexy. Bo ilość obcokrajowców osiedlających się w niej i polonizujących się jak niemiecki aktor Stefan Moeler, właśnie tę atrakcyjność (dla innych) poświadcza.
Problem w dojrzałości nas samych, czy potrafimy jako dorastający nastolatkowie dojrzeć piękno i życiową mądrość w nieco zmęczonej pani w średnim wieku, którą w jej burzliwym życiu kilka razy zgwałcono, ale która mimo to potrafiła zachować dumę i te odrobinę naiwności chroniącą przed cynizmem. Czy potrafimy o nią zadbać? Bez pogardzania i poniżania przejąć na siebie odpowiedzialność za starzejącą się matkę, nie rezygnując przy tym z przelotnych romansów, a nawet małżeństw z innymi, młodszymi i piękniejszymi.


http://www.hr.bci.pl/articles.php?article_id=31

Otagowane:  

  • RSS